piątek, 18 grudnia 2015

Epidemia otyłości część II

Jak wskazałam w poprzedniej publikacji, zjawisko powszechnego tycia społeczeństw zachodnich zaczęło w końcu niepokoić naukowców, którzy poczuli się szczególnie poruszeni odkryciem, że nabieranie dodatkowych kilogramów może być spowodowane czynnikami innymi niż niewłaściwe nawyki żywieniowe. Czynnikami, których w chwili obecnej nie potrafimy do końca zidentyfikować. Czy jednak naprawdę jest się czym przejmować?


Ile trzeba jeść (i czego),
aby osiągnąć taką masę?
Bardzo często spotykam się z opiniami, że ludzie otyli, o ile tusza nie jest wynikiem choroby, są sami sobie winni. I jeśli sami nie potrafią wziąć się w garść, to reszta społeczeństwa nie powinna przejmować się ich problemami, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że co najmniej połowa świata niedojada lub wręcz zmaga się z klęską głodu. Kłopot polega jednak na tym, że czy tego chcemy, czy nie, straty spowodowane epidemią otyłości ponosimy wszyscy razem wspólnie, jako członkowie tej samej grupy populacyjnej. Przy czym można już powoli mówić o epidemii właśnie, bowiem zgodnie z szacunkami w 2015 r. na nadwagę cierpiało 2,3 mld osób, z których aż 700 milionów było otyłych. Do niedawna wśród tych nieszczęśników przeważającą liczbę stanowili obywatele tzw. społeczeństw zachodnich, lecz, jak pokazują badania, zjawisko coraz szybciej rozprzestrzenia się na całym świecie obejmując kolejne kraje dopiero aspirujące do miana wysokorozwiniętych. Może więc warto bliżej przyjrzeć temu fenomenowi?

Skalę problemu doskonale ukazują statystyki. Jeszcze w 1990 r. w Stanach Zjednoczonych na nadwagę cierpiało około 65% dorosłych mężczyzn i 53 % dorosłych kobiet, przy czym co dziesiąta osoba zmagała się otyłością (BMI > 30). Już wówczas stanowiło to ewenement na skalę światową. Po upływie niespełna ćwierćwiecza dane uległy zmianie: obecnie nadwagę ma 75% mężczyzn i 67% kobiet, zaś co czwarta osoba jest otyła lub skrajnie otyła. Ale są takie stany jak Teksas czy Arkansas, gdzie odsetek osób otyłych lub skrajnie otyłych przekracza 30%!!! Oznacza to, że co trzecia osoba mijana na ulicy powinna natychmiast zrzucić 15-20 kg, a niekiedy jest to wręcz cały rząd wielkości więcej… Niestety równie kiepsko sytuacja wygląda w przypadku osób nieletnich. W stanach takich jak Missisipi czy Georgia co drugi nastolatek ma nadwagę, a co czwarty (!) jest otyły, podczas gdy procent najmłodszych dzieci (do lat 5) cierpiących na nadwagę lub otyłość przekracza aż 10 punktów. Wyobrażacie sobie trzylatka ważącego 25-30 kg? Taki widok to w Ameryce nic szczególnego. I z przykrością trzeba stwierdzić, że w Europie również zdarza się coraz częściej.

Kolorem czarnym zaznaczono
stany, w których odsetek
otyłych i skrajnie otyłych
przekracza 30%
Jak wskazują badania (prowadzone na reprezentacyjnej próbie z USA), odsetek dzieci z nadwagą w społeczeństwach zachodnich zwiększył się o 50% w ciągu zaledwie jednego pokolenia, podczas gdy liczba nieletnich osób otyłych - podwoiła się. Nadmienię tutaj, że zgodnie z zaleceniami metodologii w przypadku najmłodszych wyznacznikiem jest skala centylowa opracowana zgodnie z wytycznymi dla danego wycinka populacji, nie zaś wskaźnik BMI. Najbardziej na otyłość i wynikające z niej powikłania zdrowotne były narażone dzieci z USA, Wielkiej Brytanii, Australii, Hiszpanii i Japonii, a najmniej - z Litwy, Łotwy, Estonii i Szwecji (Afrykę chwilowo pomijamy). Jest to o tyle ważne, że nadwagi i otyłości bardzo trudno się pozbyć i istnieje aż 80% prawdopodobieństwo, że nastolatek z nadmierną wagą pozostanie zbyt ciężki również jako dorosły.

Niestety jakość życia dzieci otyłych pozostaje daleko niższa niż osób utrzymujących prawidłową wagę ciała, a wręcz porównywalna bywa z jakością życia osób chorych na nowotwór. To, że wolniej się ruszają, szybciej się męczą, nie są w stanie podskoczyć, kucnąć czy obrócić się równie szybko co rówieśnicy, to tylko część problemu. Ważniejszy wydaje się fakt, że takie dzieci pozostają równie mocno narażone na ryzyko zachorowania na nadciśnienie, cukrzycę, kamicę żółciową, zwyrodnienie stawów, otłuszczenie wątroby czy miażdżycę jak dorośli. Najmłodszy pacjent z diagnozowaną cukrzycą typu 2 na świecie był obywatelem Wielkiej Brytanii i w wieku 3 lat ważył blisko 35 kg. W USA normą stają się zawały serca u ośmio- czy dziesięciolatków. Niektóre z nich są śmiertelne. Co łączy te przypadki?  - wszystkie z tych dzieci cierpią na skrajną postać otyłości.

Za taki stan rzeczy trudno winić wyłącznie wspomniane we wcześniejszym wpisie związki chemiczne obecne w jedzeniu i zaburzające funkcjonowanie systemu hormonalnego czy kortyzol. Zapewne mają one wpływ na ogólny poziom masy ciała, lecz nie w zakresie usprawiedliwiającym podwojenie wskaźników nadwagi czy otyłości. Z pewnością do głosu dochodzą tu czynniki środowiskowe: tryb życia, ilość spożywanych kalorii, sposób wydatkowania energii, przy czym nie bez znaczenia jest również wpływ (lub brak kontroli) ze strony rodziców.

Ulubione zajęcia współczesnych
dzieci
Jak nigdy wcześniej w historii dzieci poddane są regularnemu praniu mózgów ze strony wielkich koncernów – głównych producentów żywności, które jedzenie, w szczególności przetworzone, starają się przedstawić w formie zabawek. Z ekranów telewizorów osoby nieletnie dosłownie bombardowane są reklamami chipsów zachwalanych przez sympatycznego tygryska, nasączone cukrem i sztucznymi dodatkami płatki śniadaniowe to ulubiony posiłek wszelkich księżniczek, elfów i kucyków pony, śmieciowe jedzenie reklamowane jest przez znane postaci z kreskówek: Shreka, Nemo, zabawki z Toy Story czy Barbie. Nie brakuje też reklam dla nieco starszych, nastoletnich widzów: zjedzenie czekoladowego batona ma zapewniać dobry humor w szkole, konsumpcja fast-foodu z sieciowej „restauracji” przedstawiana jest jako rewelacyjny sposób na spędzenie wolnego czasu przez paczkę przyjaciół, a wycieczka za miasto czy spacer po parku nie może odbyć się bez butelki ciemnobrązowego, gazowanego napoju w ręku.

Abstrahując od kwestii sprzedaży licencji na wykorzystanie wizerunku czy marki znanych postaci (co, na marginesie, stało się niewyobrażalnie dochodowym interesem), jeśli przeciętne zachodnioeuropejskie dziecko przed osiągnięciem pełnoletności ogląda około miliona adresowanych do siebie reklam, z których większość zachwala wysokokaloryczne jedzenie, nie ma się co dziwić, że pozbawione jeszcze zmysłu krytycyzmu i umiejętności rzeczywistej oceny sytuacji, w sklepie odruchowo sięga po produkty znane sobie z ekranu. W ten sposób wykształca się nawyk, z którym później bardzo ciężko jest walczyć. Jeśli rodzic już na samym początku nie będzie interweniował, a zamiast kontrolować rodzaj produktów wrzucanych przez pociechę do koszyka po prostu „dla świętego spokoju” je kupi, byleby tylko uwolnić się od płaczu i marudzenia, niestety musi liczyć się z tym, że za kilka lat z dużym prawdopodobieństwem będzie musiał zmierzyć się z nadwagą dziecka. Bo dziecko, dysponując już własnym kieszonkowym, będąc głodnym nabędzie sobie nie kanapkę, lecz batona znanej z nazwy marki. Jeszcze gorzej, gdy w tego rodzaju produkty zaopatrywać się będzie nie okazjonalnie dla zaspokojenia głodu, lecz dla błyśnięcia wśród rówieśników. Bo reklama jasno pokazała, że tylko jedząc chipsy X jest się cool i trendy…

Nie, nie chodzi o to, by całkowicie zakazać fast-foodów czy odizolować dzieciaka od coli. Wcześniej czy później i tak ich spróbuje, a wiadomo, że zakazany owoc zawsze smakuje lepiej. Chodzi raczej o to, by edukować, by tłumaczyć i jednocześnie wskazywać dzieciom, jak bronić się przed fałszywym obrazem świata tworzonym przez reklamę. Chcesz chipsów? Dobrze, w piątek wieczorem zjemy trochę dla smaku. Chcesz poznać smak sieciowego cheeseburgera? W porządku, ale chodzimy tam tylko raz w miesiącu. A na co dzień w ramach słodyczy jemy jabłka i pomarańcze, a nie czekoladę, natomiast po lekcjach idziemy na rower, a nie siadamy w fotelu z pilotem w ręku. Pewnie dla wielu rodziców brzmi to jak abstrakcja, ale jeśli tego rodzaju edukację zacznie się odpowiednio wcześnie, dziecko nie będzie się przeciw niej buntować, bo uzna ją za normę, w której przyszło mu dorastać. Od której, co prawda, miłą odskocznią będzie zjedzenie naleśnika z kremem czekoladowym, lecz nadal będzie to tylko odskocznia, a nie codzienność. 

Na starych zdjęciach
dzieci zazwyczaj są
chude.
Hmmm... chude???
Nie! NORMALNE! 
Kontrola rodziców jest ważna z jeszcze jednego powodu. Jak wykazały badania prowadzone na Uniwersytecie Floryda, popularne dodatki wzmacniające smak żywności potrafią działać jak substancje uzależniające. I nie chodzi tu o glutaminian sodu czy sztuczne wzmacniacze, ale całkiem naturalne związki, takie jak sól, cukier czy tłuszcz. Ich konsumpcja w nadmiarze pobudza dokładnie te same obszary mózgu, jakie aktywują się pod wpływem działania np. twardych narkotyków, a u osób szczególnie podatnych na uzależnienia już sam zapach czy widok danego produktu mogą wyzwolić kompulsywne zachowania przejawiające się niepohamowanym obżarstwem. Przy czym podkreślam, że chodzi o przyzwyczajenie organizmu do nadmiernych ilości danych związków, nie zaś o ich spożycie w ilościach umiarkowanych i racjonalnych. Bo kostka czekolady nikomu jeszcze nie zaszkodziła, ale wyrażenie przez dziecko chęci zjedzenia dwóch tabliczek w ciągu godziny powinna włączyć dzwonek alarmowy w umysłach opiekunów.

A tak wyglądają dzieci
obecnie.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Powiedzmy też sobie jasno: wyzwania stawiane przez codzienność, zabieganie i stres to nie jest wymówka do tego, by zaniechać kształtowania prawidłowych nawyków żywieniowych swoich dzieci. Brak czasu również nie jest usprawiedliwieniem. Jeśli jako rodzic nie jesteś w stanie wykroić dziennie 5 minut, by przygotować dziecku tradycyjną kanapkę do szkoły i w zamian wręczasz mu dychę, żeby samo kupiło sobie coś w szkolnym sklepiku, to owszem - dzisiaj zyskujesz 300 sekund wolnego czasu. Lecz miej świadomość, że następnego dnia być może właśnie o 300 sekund twój potomek skróci sobie życie, wcinając kolejną paczkę chipsów. Czy mając taką wiedzę i w odniesieniu do własnego dziecka z pełną odpowiedzialnością skwitujesz to wzruszeniem ramion lub cynicznym komentarzem „na coś przecież trzeba umrzeć”?

Bywa jednak i tak, że mimo wszelkich wysiłków i starań nasz potomek ma problem z nadmierną tuszą. W tej sytuacji nie należy rezygnować z prób odchudzenia go (jak wskazują doświadczenia lekarzy, o ostatecznym wyniku diety bardzo często przesądza obecność lub brak wsparcia rodziny). Wystarczy redukcja masy o zaledwie 5 do 20%, by znacząco poprawić wszystkie główne wskaźniki poziomu zdrowia, ograniczyć ryzyko wystąpienia depresji czy zaburzeń odżywiania w wieku późniejszym. I u dzieci łatwiej tę redukcję osiągnąć, kontrolując zawartość talerza, sposób wydatkowania kieszonkowego czy chowając przed pociechą tablet, konsolę do gry i pilota do telewizora, po czym wypędzając ja na szkolne boisko. Pamiętajmy jako rodzice, że nawet jeśli nasz potomek cierpi dziś na nadwagę, lecz uda mu się uzyskać prawidłową masę ciała przed osiągnięciem pełnoletności, poziom ryzyka związany z zachorowaniem na choroby cywilizacyjne spadnie do poziomu dokładnie takiego samego, jaki cechuje osoby pozostające przez całe życie szczupłymi. 

Epidemię otyłości można powstrzymać. Trzeba tylko chcieć.

Osoby angielskojęzyczne zachęcam do lektury:


czwartek, 10 grudnia 2015

Epidemia otyłości cz. I

Obserwując z uwagą najbliższe otoczenie nie jestem w stanie nie przyznać racji głosom pojawiającym się w różnych mediach alarmujących o dramatycznie szybkim wzroście ilości osób cierpiących na znaczną nadwagę, bądź nawet na chorobliwą otyłość. Zarówno wśród dzieci, jak i wśród dorosłych, liczba słodkich grubasków jest coraz większa. Co prawda w Polsce, i ogólnie w Europie, zjawisko to nie jest jeszcze aż tak widoczne, jak na przykład za oceanem, ale dane zmieniają się bardzo dynamicznie. Niestety – na niekorzyść. I choć massmedia wciąż gloryfikują szczupłą sylwetkę, a im smuklejsza talia, tym większa szansa za zdobycie tytułu „znanej i lubianej” przez obiektywy fotoreporterów, to jednak dane statystyczne płynące ze świata realnego (a nie kreowanego) zdają się przytłaczające.


Gdy BMI>30 mówimy o otyłości
Problem ogólnego tycia społeczeństwa coraz częściej nurtuje nie tylko dietetyków, lecz również naukowców, a prowadzone w tym kierunku badania niestety nie nastrajają zbyt optymistycznie. Rezultaty kolejnych, coraz bardziej wnikliwych analiz jednoznacznie wskazują, że problem otyłości jest coraz powszechniejszy i dotyka coraz więcej osób, a jednocześnie pozostaje coraz słabiej zależny liniowo od ilości spożywanych kalorii, rodzaju przyjmowanych pokarmów i aktywności fizycznej. Czyli czynników, które zwyczajowo uważa się za decydujące o ostatecznej masie ciała. Jak to możliwe?

Na przełomie 2014 i 2015 r. naukowcy z Uniwersytetu York w Toronto zadali sobie trud i zweryfikowali dane statystyczne zebrane w latach 1971-2008 (czyli na przestrzeni blisko czterech dekad!) w ramach ogólnoświatowego programu National Health and Nutrition Examination Survey (NHANES). Okazuje się, że przedstawiciele tzw. generacji Y, czyli osoby urodzone między 1981 i 2000 r., mimo zachowania tej samej diety i takiej samej aktywności fizycznej co swoi nieco starsi koledzy, cechowali się wyższą wagą ciała niż ludzie urodzeni w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Autorzy badań prześledzili również zmianę wartości wskaźnika BMI (Body Mass Index) w danym okresie i tutaj również wynik był dość zaskakujący. BMI liczony dla osób dorosłych w 2006 r. był przeciętnie 2,3 punktu wyższy, niż dla osób w tym samym wieku badanych w 1988 r. I to mimo zachowania porównywalnej diety w zakresie kaloryczności i składu, jak również utrzymania podobnego poziomu aktywności fizycznej. Słowem: problem kontroli prawidłowej wagi okazał się dużo bardziej złożony, niż prosta zależność między ilością i jakością spożytych kalorii, a ilością zużytej energii.

Oczywiście można to skwitować wzruszeniem ramion, ewentualnie cynicznym zaleceniem w stylu „jeśli masz 25 lat i chcesz być taki szczupły, jak twoja matka, to jedz mniej niż ona i ćwicz więcej niż ona”. To wciąż jednak nie wyjaśnia, skąd biorą się nadmiarowe kilogramy u coraz młodszych osób. I tutaj również nie mam dobrych wieści: niestety w chwili obecnej nikt nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście pojawiają się różnego rodzaju teorie, jednak póki co żadna nie doczekała się naukowego potwierdzenia.

Do najbardziej otyłych należą
obywatele państw najlepiej
rozwiniętych
Jedną z hipotez, jaką wysnuwają autorzy wspomnianych wyżej badań, jest wskazanie na rosnącą ilość substancji chemicznych obecnych w pożywieniu oraz przyjmowanych lekach, które to substancje wpływają na działanie układu hormonalnego odpowiedzialnego za utrzymanie prawidłowej wagi. Do otyłości prowadzić ma  m.in. przyjmowanie środków antydepresyjnych, podwyższony poziom stresu, nieregularna konsumpcja posiłków, zaburzenia snu czy zmiana składu bakterii jelitowych związana z coraz większą ilością mięsa i cukrów obecnych w codziennej diecie. Już teraz wiadomo, że obecność pewnych zanieczyszczeń chemicznych w środowisku naturalnym i przenikających do żywności faktycznie może zwiększać ryzyko otyłości lub zapadnięcia na jedną z chorób cywilizacyjnych (np. cukrzycy typu 2). Do tego rodzaju zanieczyszczeń zalicza się m.in. substancje zaburzające gospodarkę hormonalną, pod wpływem których organizm zaczyna gromadzić tkankę tłuszczową kosztem masy mięśniowej. Według danych zgromadzonych przez Centrum Badań Biomedycznych w zakresie Fizjopatologii Otyłości i Odżywiania (http://www.ciberobn.es/) z Hiszpanii, obecność tego rodzaju związków stwierdzono  w organizmach blisko 88% badanych osób, a co za tym idzie, właśnie taki odsetek społeczeństwa narażony był na negatywne skutki ich działania. Co wyjaśniałoby powody tak wysokie wzrostu przeciętnej wagi naszej populacji.

To jednak nie wszystko. W zwiększaniu ryzyka nadwagi prawdopodobnie ważną rolę odgrywa hormon stresu, co zdają się potwierdzać kolejne testy naukowe. Kortyzol, bo o nim tu mowa, wydzielany jest przez nadnercza w sytuacjach zagrożenia aby zmotywować organizm do wytężonego wysiłku. W przeszłości hormon ten produkowany był raczej „okazjonalnie”, podczas gdy współcześnie coraz większy odsetek osób narażonych jest na życie w stałym stresie, w środowisku ciągłej presji psychicznej i fizycznej. Okazuje się, że długotrwale podwyższony poziom kortyzolu we krwi zaburza procesy metaboliczne i pobudza apetyt, co w rezultacie może prowadzić do wzmożonej konsumpcji, a tym samym - odkładania nadmiarowych kalorii w postaci oponki na brzuchu. Jak jednak zastrzegają lekarze, wciąż jeszcze brakuje badań naukowych ostatecznie potwierdzających rolę kortyzolu w przybieraniu na wadze (i spowalnianiu procesu tracenia masy u osób na dietach odchudzających).

Problem nadwagi coraz częściej
dotyka całe rodziny
Potwierdzenie istnienia korelacji między obecnością substancji chemicznych i wydzielania hormonu stresu na tycie z pewnością stanowiłby dobrą wymówkę dla wielu osób, które właśnie zwiększają swoją masę lub zbyt wolno ją tracą. Tym, którzy szukają wygodnych usprawiedliwień dla swoich szkodliwych dla zdrowia nawyków (np. nocnego podjadania czy siedzącego trybu życia) wypada jednak jasno powiedzieć, że odchudzanie nigdy jeszcze nie było tak dostępne, jak teraz. Owszem, nie jest to proces miły, łatwy i przyjemny, jednak leży dosłownie na wyciągnięcie ręki. Ilość siłowni, basenów, bieżni czy otwartych dla amatorów obiektów sportowych, jak również oferta najprzeróżniejszych form aktywności fizycznych, jeszcze nigdy nie były tak bogate, jak obecnie. Nawet jeśli chemia i kortyzol okazałyby się ogrywać rolę w ogólnym przybieraniu na wadze, to jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by trochę ten proces spowolnić. Wystarczy ograniczyć ilość cukru w pożywieniu (obniżyć poziom glukozy we krwi) i odkurzyć płyty z ćwiczeniami Marioli Bojarskiej czy Ewy Chodakowskiej. Ewentualnie przesmarować łożyska w schowanym w piwnicy rowerze.