środa, 1 kwietnia 2015

Kiełbasa na swojską nutę część II


Proste zasady dla początkujących:
- podstawowe proporcje to 80% mięsa na 20% tłuszczu (słoniny);
- 10-15% mięsa powinna stanowić dobrej jakości wołowina;
- tłuszcz w kiełbasie jest niezbędny. Jeśli chcesz otrzymać produkt dietetyczny, zrób kiełbasę drobiową, ale też z tłuszczem. Słonina sprawia, że kiełbasa nie smakuje jak wiór ze stolarni;
- w miarę możliwości wybieraj mięso pozbawione włókien, ścięgien i błon;
- wybór rodzaju sitka zadecyduje o konsystencji ostatecznego produktu. Jeśli wybierzesz sitko o dużym oczku, kiełbasa będzie twardsza, złożona z większych kawałków mięsnych wymagających  gryzienia. Jeśli wybierzesz sitko o małym oczku, kiełbasa będzie miękka, przypominająca drobiową, bardziej rozpływająca się w ustach;
- ogólna zasada mówi, że mięso wieprzowe mieli się grubo, mięso drobiowe i wołowe - drobno;
- żeby mięso, a w szczególności tłuszcz, łatwiej się mieliły, można je lekko schłodzić w zamrażalniku. Schłodzone nie będą przywierać do maszynki;


Podstawowe przyprawy dodawane do kiełbasy to:
- sól lub peklosól (do 20-25 g/kg mięsa),
- pieprz czarny ziarnisty młotkowany (1g / kg mięsa),
- czosnek granulowany lub świeży wyciskany przez praskę (3 g /kg mięsa),
- gorczyca w ziarnach (5 g /kg mięsa),
- papryka słodka (lub ostra - jak kto lubi) mielona (1g / kg mięsa),
- mielona gałka muszkatołowa (1g / kg mięsa),
- ziele angielskie (1g / kg mięsa),
- majeranek (1g / kg mięsa),


PRZEPIS

Nadziewanie kiełbasy
1. Mięso i słoninę pokroić na mniejsze kawałki. Zmielić w maszynce.

2. Do zmielonego mięsa dodać przyprawy (my polecamy Swojską, dostępną w naszym sklepie internetowym - opakowanie 50 g wystarcza do doprawienia 5 kg mięsa). Do tego dosypać szczyptę (dosłownie) cukru.

3. Wszystko dokładnie wymieszać, aż masa będzie przypominać pulpę. Jeśli jest zbyt gęsta, można dodać nieco wody (ale nie za dużo).

4. Odstawić na 1-2 godziny.

5. Spróbować, czy masy nie trzeba dosolić/doprawić. Jeśli to niezbędne, dodać odpowiednie przyprawy.
Skręcamy pęta

6. Odstawić na 30 minut. W tym czasie w chłodnej wodzie namoczyć jelita.

7. Jelita wypukać (od zewnątrz i od środka) pod strumieniem zimnej wody.

8. Do maszynki do mielenia mięsa nałożyć lejek do nadziewania.

9. Na czubek lejka naciągnąć całe jelito, pozostawiać luźno zwisający koniec. Przez maszynkę przepuścić pierwszy kawałek mięsa i gdy tylko wyjdzie z lejka i wypełni jelito, zatrzymać pracę.
Gotowa do wędzenia

10. Luźną końcówkę jelita zawiązać na supeł.

11. Kontynuować mielenie.

12. Jeśli skończy się jelito, jego końcówkę również zawiązać na supeł, a na lejek nałożyć nowe.
Jeśli skończy się mięso, obciąć jelito pozostawiając luźną końcówkę (do zawiązania na supeł). Pozostałe jelito odcisnąć z wody, wysuszyć za pomocą papierowego ręcznika, włożyć do małego pojemniczka i zasypać solą. Włożyć do lodówki - do następnego kiełbaso-mielenia.

13. Gotową kiełbasę skręcać dzieląc na pęta. Za każdym razem zmieniać kierunek.
Można lekko nakłuć widelcem i ręcznie, delikatnie rozwałkować pęto, aby pozbyć się powietrza, jakie przedostało się do osłonki podczas mielenia.

I teraz:
Kiełbasa po uwędzeniu i zagotowaniu

Wersja dla przerobów wędzonych
14a. Sparzyć kiełbasę. Wystarczy włożyć ją na 5 minut do gorącej (ale nie gotującej się!!!) wody;
15. Wędzić aż zmienią kolor na apetyczny brąz. W ciepłym dymie proces zajmuje około 2 godzin, w zimnym - do ok. 5 godzin.
16. Na koniec zagotować (5 minut we wrzącej wodzie).

Wersja dla tych bez wędzarni
14b. Ugotować kiełbasę - 10-15 minut w gotującym się wrzątku.
lub
14c. Wysuszyć kiełbasę - pierwsze 48 godzin w ciepłym (temp. ok. 20 st.C)  i przewiewnym miejscu bez bezpośredniego dostępu promieni słonecznych, kolejne 12 dni w chłodnym, ciemnym i przewiewnym miejscu (temp. ok. 10-12 st.C). Kiełbasę do suszenia należy podwiesić w taki sposób, aby pęta nie stykały się ze sobą.

GOTOWE!!!


Kiełbasa swojska


Pyycha!

wtorek, 31 marca 2015

Kiełbasa na swojską nutę



Ostatni tydzień przed Świętami Wielkanocnymi w większości Polski przebiega wszędzie podobnie: kto tylko żyw, kto tylko ma taką szansę i możliwości, zabiera się za produkcję domowych wędlin. Mamy z mężem to szczególne szczęście (bo zdecydowanie nie przekleństwo), że dane nam było zapamiętać z dzieciństwa smak samodzielnie wyrabianych przetworów mięsnych: wędzonych, parzonych, gotowanych czy pieczonych szynek, polędwic, pachnących jałowcowym dymem kiełbas czy ociekających tłuszczem boczków. Najczęściej robili je nasi dziadkowie, stosując przepisy i przedwojenne sposoby przerobu, kultywowane od pokoleń i od dziesięcioleci przekazywane z ojca na syna. Smak ten jest absolutnie odmienny od tych przetworów, jakie kupić można w sklepach, dlatego z prawdziwą przyjemnością kilka razy do roku poświęcamy te kilka (lub kilkanaście) godzin na produkcję domowego salcesonu, kaszanki i, oczywiście, najlepszej na świecie kiełbasy.


Kartka na mięso
[Czytającym nas osobom z zagranicy należą się wyjaśnienia. Przed 1989 r., gdy Polska należała do tzw. państw zza żelaznej kurtyny, dostęp do mięsa i wędlin był reglamentowany. Przeciętny człowiek, a w szczególności mieszkaniec miasta, nie mógł iść do sklepu i kupić sobie pół kilograma szynki, bo zamarzyła mu się sterta kanapek z wędliną. Co miesiąc pracujący otrzymywali w zakładach pracy tzw. kartki, czyli rodzaj kuponów, które uprawniały do zakupu jedynie ściśle określonej ilości ściśle określonego rodzaju mięsa. Co to miało być za mięso - to już określały komunistyczne władze, które znane były z tego, że najlepiej wiedziały, co jest dobre dla ludu. I tak, przykładowo, pracownicy umysłowi mogli kupić 2 kg mięsa miesięcznie, podczas gdy dzieciom i pracownikom fizycznym przysługiwało 4 kg mięsa miesięcznie, w tym łącznie 1 kg wołowiny lub cielęciny (z kością, żeby nie było za dobrze).


Wykorzystane kartki odcinano
Z sytuacji tej korzystali mieszkańcy wsi, którym przysługiwało prawo do hodowli i bicia zwierząt na potrzeby własne. Jeśli mieszkałeś w mieście i miałeś rodzinę na wsi, nie było tak źle… Raz na miesiąc czy raz na dwa miesiące w któryś piątek jechało się "do dziadków", "do cioci i wujka" czy "do kuzynów" i biło świnkę, a w niedzielę wieczorem wracało do domu z górą pachnącego dymem mięsa w bagażniku. Jeśli rodziny na wsi się nie miało, to też można było kupić mięso "w drugim obiegu" (czyli teoretycznie nielegalnie), ale po pierwsze: trzeba się było nakombinować; po drugie - trzeba było za to mięso zapłacić. Najlepiej oddając swoje kartki na benzynę, cukier lub wódkę… Tak, moim drodzy, jeszcze trzydzieści lat temu w Polsce kwitnął handel wymienny, niczym nieróżniący się od barteru cechującego najbardziej prymitywne gospodarki świata, w których pojęcie i wartość pieniądza stanowią kwestie drugorzędne.

Z tego okresu moim rodakom pozostały dwie charakterystyczne cechy: po pierwsze: umiejętność samodzielnego wyrobu wędlin, po drugie: zamiłowanie do oryginalnego smaku samodzielnie wędzonych i parzonych produktów. Po zniesieniu kartek na mięso, a następnie przeprowadzonych zmianach ustrojowych, Polacy dosłownie zachłysnęli się obfitością i dostępnością towaru, jaki jeszcze niedawno pozostawał ściśle reglamentowany, ponadto ograniczyli własną produkcję wędlin. Nie było już potrzeby poświęcać weekendu na świniobicie - pyszne, zdrowe produkty wyrabiane zgodnie ze staropolskimi recepturami można było kupić dosłownie w każdym sklepie. I do wyboru było ich po dwadzieścia każdego rodzaju.

A i tak trzeba było wystać swoje
Zdjęcie propagandowe
Rzeczywistość była mniej różowa



Niestety z upływem czasu poznaliśmy również cienie kapitalizmu. Wytwórcy gotowych wędlin, w pogoni za zyskiem, zaczęli zmieniać oryginalne sposoby produkcji zastępując pierwotne składniki coraz gorszymi, niższej jakości zamiennikami. Tak oto 1 kilogram szynki czy schabu, dawniej wytwarzany z półtora kilograma mięsa, nagle zaczęto produkować z zaledwie pół kilograma surowca, pozostałą część zastępując wodą z dodatkiem soli, konserwantami, błonnikiem (lub innego rodzaju odpadami). Czytając etykiety ze składem produktów coraz częściej można złapać się za głowę: ile kiełbasy jest w kiełbasie? 70%. I to z tłuszczem. Ile parówki jest w parówce? 50 %. A ile szynki w szynce? Rekordziści schodzą do 60 %.

79% mięsa w mięsie


W Polsce działają oficjalne instytucje teoretycznie mające zadanie chronić konsumentów oraz stać na straży jakości wytwarzanych produktów żywnościowych, jak również pilnować przestrzegania procedur wytwórczych. Jeszcze trzydzieści lat temu, w dobie komunizmu, wytwórcy oferujący produkt o nazwie "szynka" zawierający zaledwie 70% mięsa zostaliby uznani za spekulantów i oszustów, ich zakład zostałby demonstracyjnie zamknięty, a oni sami - powędrowaliby za kratki z wyrokami bezwzględnej odsiadki, za trucie społeczeństwa. Dzisiaj można usłyszeć, że urzędnicy nie mają prawa ingerować w "procedurę wytwórczą opracowaną przez producenta i zgodną z przepisami prawa", co de facto uprawomocnia i legalizuje proceder sprzedaży mieszaniny solanki, wzmacniaczy smaku i przemielonych ścięgien pod nazwą zarezerwowaną dotychczas wyłącznie dla szlachetnych mięs.


Jednak konsumenci, po pierwszym zachwycie wolnym rynkiem, coraz krytyczniej podchodzą do kwestii jakości wędlin. Coraz częściej wolą też kupić nieco mniej i drożej, za to lepiej i smaczniej. I coraz częściej powracają do dawnej, nieco już zapomnianej (w szczególności w miastach) tradycji świniobicia i samodzielnej produkcji kiełbas, szynek czy wędzonych boczków. Starsi - nieco z sentymentu, również dla oszczędności (nawet najbardziej wyrafinowana produkcja własna jest mimo wszystko tańsza niż zakup wędliny w sklepie). Młodzi - trochę dla zabawy, trochę dla bycia trendy, trochę z ciekawości, bo wielu z nich może już nie pamiętać, jak powinna smakować naprawdę naturalna wędlina. ]


I znów - produkcja domowej wędlinki wymaga nieco czasu, ale nie jest żadną filozofią. Wystarczy posiadać dobrą maszynkę do mięsa z lejkiem do nadziewania kiełbas (większość sprzętu dostępnego na rynku posiada stosowną przystawkę załączoną fabrycznie) oraz, jeśli nie biliśmy świni, to trzeba zaopatrzyć się w jelita lub tzw. osłonki jelitowe. Te w mieście można kupić w dużych supermarketach w działach mięsnych. W razie problemów z ich znalezieniem wystarczy zapytać obsługę - my nigdy nie mieliśmy większych kłopotów z ich zakupem.


cdn.


wtorek, 24 marca 2015

Święta pachnące... pieczenią



W moim rodzinnym domu świąt Wielkanocnych nigdy nie obchodzono w jakiś szczególny sposób. Przynamniej nie przypominam sobie, aby owiane były choćby odrobiną tak magicznej atmosfery, jaka co roku towarzyszyła przygotowaniom do Bożego Narodzenia. Owszem - wszyscy cieszyli się, że oto nadchodzi wiosna, w wazonie stojącym na stole w dużym pokoju (teraz chyba wszyscy mówią na to pomieszczenie "salon", bo tak brzmi dumniej) pojawiały się bazie i bukszpan, a babcia farbowała nam jajka w łuskach cebuli (jedyny dostępny wówczas barwnik) lub przygotowywała wydmuszki, które razem z siostrą wytrwale malowałyśmy flamastrami. Potem z koszyczkiem wędrowało się do kościoła, dzieliło jajkiem, jadło uroczysty obiad z żurkiem w roli głównej, następnego dnia rano polewało wodą i… zaraz potem, nie wiadomo kiedy, już maszerowało do szkoły.


Jest jednak jedno wspomnienie związane z tym okresem, które pozostawiło w mojej pamięci niezatarty ślad. I jest to wspomnienie bardzo prozaiczne, ale dla mnie osobiście wyjątkowe i wcale nie ulotne, a mianowicie chodzi o… zapach. O zapach pasztetu pieczonego przez moją mamę.

Nie wiem, dlaczego właśnie ta woń odcisnęła taki ślad w mojej pamięci. Być może dlatego, że uwielbiam pasztet, a ten domowy cechuje się absolutnie wyjątkowym smakiem, tak odmiennym od produktów kupowanych w sklepie. A może dlatego, że moja rodzicielka piekła go tylko i wyłącznie raz do roku (a czasem i raz na dwa lata) i tylko na Wielkanoc, zamieniając tym samym zwykłe gotowanie w pełen celebracji rytuał? Z resztą powody tak naprawdę nie są ważne - ważny jest fakt, że przygotowanie domowego pasztetu na Wielkanoc stało się tradycją również w moim domu, uwielbianą i docenianą przez najbliższych.

Wielokrotnie spotykałam się z opinią, że nie ma nic bardziej pracochłonnego, niż zrobienie pasztetu (może poza ręcznym kręceniem maku na makowiec ;-) ). Bo się gotuje, bo kręci, bo miele, bo doprawia, bo piecze… I być może faktycznie naście lat temu w Polsce, gdy w wielu gospodarstwach domowych dysponowano jedynie ręcznymi maszynkami (pamiętacie takie? Przytwierdzane do brzegu stołu za pomocą szczęki, z korbą, której przekręcenie wyciskało niekiedy z człowieka siódme poty?), tak właśnie było. Dzisiaj, gdy praktycznie każda pani domu posiada maszynkę do mielenia, szybkowar czy programowalny piekarnik, zrobienie pasztetu to nie sztuka. Sztuką jest natomiast zrobić go dobrze i smacznie.

W czym tkwi sekret udanego dzieła finalnego? Przede wszystkim w odpowiednim doborze mięs. Większość przepisów, jakie spotykam współcześnie w Internecie, zaleca użycie mięs nazywanych przeze mnie "szlachetnymi", czyli np. szynki, łopatki, piersi z kurczaka, a nawet… schabu (sic!). To jednak zdecydowane nieporozumienie. Gdyby bowiem spojrzeć w głąb historii pasztetu, na staropolskich stołach należał on do wędlin najtłustszych, wyrabianych z przemielonych resztek tusz zwierzęcych, nierzadko z ochłapów dziś kwalifikowanych raczej jako resztki do wyrzucenia, a nie do zjedzenia. Tradycyjny, polski pasztet nie powinien być suchy, wręcz przeciwnie - powinien być elastyczny i jedwabiście gładki, a taki efekt uzyskać można wyłącznie wykorzystując do jego przyrządzenia mięsa tłuste, które podczas pieczenia wytapiają się i puszczają soki, nadające temu wypiekowi właściwej konsystencji.

Po drugie, mięsa nie tylko powinny być tłuste, lecz również dość różnorodne. Im więcej ich rodzajów, tym lepszy produkt. Producenci gotowych wędlin przyzwyczaili nas do pasztetów w postaci monotypu, np. "drobiowego " lub " wieprzowego", podczas gdy znalezienie takich z dodatkiem np. mięsa króliczego czy cielęcego wymaga już większego wysiłku. Pasztety czysto drobiowe lub wieprzowe też są oczywiście bardzo smaczne, lecz dopiero te wytworzone z mieszanki mięs posiadają właściwy dla tradycyjnego pasztetu staropolskiego aromat.

Po trzecie: na ostateczny smak pasztetu bardzo duży wpływ wywiera zastosowana mieszanka przypraw używanych do nadania mięsu ostatecznego wydźwięku i aromatu. Do podstawowych składników ziołowych wykorzystywanych w procesie "produkcji" pasztetu należą, obok soli i czarnego pieprzu, również gałka muszkatołowa (dużo, bardzo dużo gałki muszkatołowej), ziele angielskie i liść laurowy. Również jeśli zdecydujemy się dodać wybrane warzywa (np. marchew, pietruszkę), grzyby lub owoce (śliwki, rodzynki, borówki), otrzymamy zupełnie odmienne smaki, a przy okazji trzeba pamiętać, że wpłyniemy również na trwałość pasztetu: taki z warzywami będzie dużo mniej trwały, niż pasztet zawierający wyłącznie mięso.

Wyposażeni w tę podstawową wiedzę możemy już brać się za gotowanie.


Przepis na pasztet Staropolski

600 g łopatki wieprzowej
400 g podgardla lub boczku wieprzowego
600 g giczy wołowej
600 g środkowej cielęciny lub mięsa z królika
2 duże udka z kurczaka
500 g wątróbki drobiowej
2 liście laurowe
6 ziaren angielskich
3 duże cebule
2 suche kajzerki
250 ml mleka
7 jajek
sól, pieprz
smalec
bułka tarta do wysmarowania blachy do pieczenia
szczypta oregano i majeranku

Na patelni rozgrzać smalec. Mięso (prócz wątróbki) pokroić na kawałki o wadze 200-300 g i kolejno obsmażać ze wszystkich stron na złoty kolor. Przełożyć do dużego garnka, podlać szklanką wody i zagotować. Dodać liście laurowe i ziele angielskie. Dusić na wolnym ogniu przez 2 godziny. Na 30 minut przed końcem duszenia dodać opłukaną w zimnej wodzie i osuszoną papierowym ręcznikiem wątróbkę tak, aby wywar całkowicie przykrył mięso. Następnie odlać płyn (zachować w osobnym naczyniu), ziele angielskie i liście laurowe wyjąć i wyrzucić, a mięso schłodzić, obrać z kości i pokroić na mniejsze kawałki. Kajzerki namoczyć w mleku. Cebule obrać i przekroić na pół. 

Mięso zmielić dwukrotnie w maszynce do mielenia, następnie zmielić cebulę i namoczoną bułkę. 


Mięso, warzywa i namoczona w mleku tarta bułka.
Wygląda średnio, ale właśnie tak ma być.

Do masy dodać jaja, przyprawę do pasztetu i granulowany czosnek oraz pieprz. Doprawić do smaku startą na drobno gałką muszkatołową.

Nie zapominajmy o jajkach

Całość dokładnie wyrobić na jednolitą, gładką masę, która, jeśli będzie zbyt gęsta, może być rozrzedzona nieznaczną ilością wywaru pozostałego z gotowania mięsa. 

Wyrabiamy, ucieramy, mieszamy, aż otrzymamy
coś w rodzaju gęstej papki

Blachę do pieczenia wysmarować tłuszczem i oprószyć bułką tartą. Nałożyć masę (do 3/4 wysokości naczynia do pieczenia) i posypać ją majerankiem i oregano. 

Powierzchnia nie musi być super równa, ale zwróć uwagę,
żeby masa była dobrze ubita. Inaczej w pasztecie mogą wyjść dziury.

Piec 60 minut w 200 st. C. Jeśli pasztet zacznie się przypalać, można zmniejszyć temperaturę. Po upieczeniu pozostawić w nagrzanym piekarniku jeszcze przez pół godziny.

Podczas pieczenia przy brzegach pasztetu powinno być widać tłuszcz.
To znak, że wszystko przebiega prawidłowo.


Wyjdzie pyyysznie. Po staropolsku J

Najsmaczniejszy pasztet to ten świeżo pieczony, jeszcze ciepły.
A i nadmiar się nie zmarnuje - można go spokojnie zamrozić.


wtorek, 3 marca 2015

Gdy mąż gotuje...

...budzą się we mnie demony


Z pewnym takim żalem muszę stwierdzić, że większość naszych znajomych z dużym dystansem i nieufnością podchodzi do kwestii spożywania owoców morza. O ile krewetki wydają im się jeszcze możliwe do przełknięcia, a do szczytów ekstrawagancji należą pierścienie z kalmarów w cieście smażonym na głębokim oleju, o tyle mule, surowe ostrygi, langusty czy kraby tworzą przeszkodę prawie nie do pokonania Tymczasem z owoców morza można łatwo i szybko przyrządzić bardzo smaczne, sycące i przy okazji atrakcyjnie wyglądające dania, które trafiają nie tylko do żołądka, ale i do serca partnera ;-)

Wczoraj wieczorem w rolę kucharza wcielił się mąż, który chwilę wcześniej wkroczył do domu z wyrazem triumfu na twarzy, ściskając w ręku opakowanie mrożonych małży. Po chwili wahania skorzystał z następującego przepisu:


Małże w winie na sposób włoski

Składniki:
100 g masła
5-6 ząbków czosnku
500 ml białego, wytrawnego wina
1 łyżka oregano
250 g (ok. 30 szt.) małży w skorupkach
1 bagietka

Sposób przyrządzenia:

Małże przełożyć na sitko i bardzo dokładnie wypłukać pod strumieniem zimnej, bieżącej wody. Jeśli to konieczne, oczyścić skorupki.


Na patelni rozgrzać masło. Czosnek obrać z łupinek i przecisnąć przez praskę. Dodać do roztopionego tłuszczu i chwilę smażyć.


Dolać wino (500 ml = 2 szklanki).


Doprawić oregano, pietruszką i papryką. Podgrzewać na średnim ogniu, aż sos stanie się gorący i lekko zredukuje.


Dodać małże.


Dusić pod przykryciem do momentu, aż małże się otworzą. Te, które pozostaną zamknięte, wyłowić i wyrzucić (nie nadają się do jedzenia).


Podawać w głębokich talerzach z dodatkiem obfitej ilości sosu. Gdy z małży pozostaną już tylko puste skorupki, sos będzie wyśmienicie smakował z pieczywem.




No niestety - w Hajnówce jedyną szansą na owoce morza są mrożonki. Zachęcam jednak wszystkich, którzy posiadają taką możliwość, do korzystania ze świeżych (zaledwie chłodzonych) produktów. Są daleko bardziej aromatyczne.

Choć oczywiście ostatnią nutę wonności, czyli przysłowiową kropkę nad i, stawiają zawsze przyprawy i dodatki ziołowe z Aromatiki.


sobota, 21 lutego 2015

Przeziębienie malucha? - z ziołami nie takie straszne

Zioła napotne i na odporność
No tak, dorośli wzmacniają się nalewkami z korzenia jeżówki, podczas gdy dzieci… Z dziećmi, jak zwykle, jest problem. Szczególnie, gdy z przedszkola lub szkoły, zamiast uśmiechu, radości i dobrego humoru przynosi do domu kaszel, katar i gorączkę. Taki przeziębiony, mały człowieczek, męczy się nie gorzej niż rodzice: boli go głowa, nie może swobodnie oddychać, nie ma siły na zabawę, a wszystko wokół wydaje się go drażnić. Babcine sposoby często tu zawodzą: czosnku takiemu maluszkowi się nie poda - bo za ostry. Syrop z cebuli - ohyda. Cytryna - kwaśna, poza tym już zbyt wiele nie pomoże.  Zaś alkohol - tylko do smarowania stópek przed snem na rozgrzanie. Pozostają jeszcze środki farmakologiczne, ale wielu rodziców sięga po nie bardzo niechętnie i wyłącznie w ostateczności.

Dlatego o tej porze roku szczególnie często otrzymujemy telefony z pytaniami, czy zioła można stosować u dzieci, a jeśli tak - jakie konkretnie produkty mogą wesprzeć maluchy w walce z przeziębieniem. I temu właśnie tematowi poświęcimy dzisiejszy wpis. Ale zanim przejdziemy do meritum, przypominamy o żelaznej zasadzie odpowiedzialnych opiekunów: jeśli niepokojące objawy chorobowe utrzymują się dłużej niż trzy dni, w każdym wypadku, bezapelacyjnie i obligatoryjnie należy zasięgnąć porady lekarza!!!

Gorączka
Gotowa mieszanka na gorączkę
Rozpalone policzki, błyszczące oczy, przyspieszony oddech i przelewanie się przez ręce... Zanim gorączka osiągnie poziom, gdy niezbędny stanie się paracetamol albo ibuprom, można spróbować obniżyć ją w naturalny sposób. Głównymi dwoma ziołami zawierającymi duże ilości bardzo skutecznych w takich wypadkach salicylanów są kora wierzby białej i kwiat wiązówki błotnej. Znalazłam w sieci portale zachęcające do ich stosowania u dzieci, jednak sama byłabym w tym względzie dość ostrożna. Salicylany są związkami działającymi podobnie do aspiryny, która u najmłodszych dzieci uważana jest za czynnik korelujący z występowaniem bardzo niebezpiecznej choroby, tzw. zespołu Reya. Dlatego dmuchając na zimne lepiej skupić się na podaniu niewywołującego skutków ubocznych naparu przygotowanego z kwiatu lipy, owoców porzeczek, aronii, berberysu (i/lub rokitnika), malin oraz kwiatów czarnego bzu. Zestawione razem tworzą rozgrzewającą mieszankę zbijającą podwyższoną temperaturę. Wystarczy wymieszać wszystkie składniki w równych proporcjach.

Herbatka lipowo-owocowa
Bardzo smaczną i chętnie pitą przez najmłodszych jest również herbatka rozgrzewająco-napotna złożona z kwiatu lipy, rozdrobnionego owocu dzikiej róży i suszonych owoców malin,  wymieszanych w proporcjach 2:1:1. Posłodzona miodem i podana przed wystygnięciem (jeszcze ciepła) naprawdę wyśmienicie poprawia samopoczucie i przyspiesza walkę z chorobą.


Kaszel

Zioła na kaszel
Kilka lat temu media zaszczepiły w powszechnej świadomości rodziców takie określenia jak kaszel suchy i mokry, choć wbrew pozorom chodzi o dokładnie ten sam objaw choroby, czyli efekt podrażnienia zakończeń nerwowych w błonach śluzowych górnych i dolnych dróg oddechowych. Pojęcie "suchy" i "mokry" zależy wyłącznie od ilości odkrztuszanej wydzieliny, ale i jeden, i drugi są równie męczące dla chorego i jego otoczenia. Teoretycznie kaszlu nie powinno się go zwalczać - służy bowiem do udrażniania dróg oddechowych i "oczyszczania" ich z zalegającego śluzu, co ułatwia oddychanie. Można się jednak postarać, aby cały proces przebiegał szybciej, łatwiej i bardziej efektywnie, a tym samym łagodniej dla dziecka.

Gotowa mieszanka na kaszel
W zależności od celu, jaki chcieliby osiągnąć rodzice, można przygotować mieszanki typowo przeciwkaszlowe, bądź tylko ułatwiające wykrztuszanie.
Przeciwkaszlowo działać będą takie zioła jak liść babki lancetowatej, ziele fiołka trójbarwnego, owoc kopru włoskiego, liść podbiału oraz ziele tymianku. Wystarczy wymieszać je w równych proporcjach i potem jedną kopiastą łyżeczkę takiej mieszanki zalać 200 ml przegotowanej wody o temperaturze 96 st.C., po czym pozostawić do zaparzenia pod przykryciem przez co najmniej kwadrans. Dokładnie tak samo przygotowuje się mieszanką ułatwiającą wykrztuszanie, ale złożoną z korzenia prawoślazu, liścia babki lancetowatej, kwiatu czarnego bzu, kwiatu dziewanny, liści podbiału, pączków sosny, ziela tymianku i ziela macierzanki.

Napar wykrztuśny
Powyższe zioła mogą być bezpiecznie stosowane u dzieci i stanowią składnik wielu popularnych syropów stanowiących suplement diety, reklamowanych w polskiej telewizji jako najzdrowszy i najbardziej naturalny produkt idealny nawet dla niemowląt. Tyle tylko, że te apteczne specyfiki, dostępne bez recepty, wzbogacone są takimi cudownymi ulepszaczami jak np. benzoesan sodu (konserwant przedłużający okres dopuszczalności do spożycia), aromat malinowy (!) (pewnie idealny w zastępstwie wyciągu z prawdziwych owoców), kwas fosforowy (jako regulator kwasowości), fosforan kodeiny (łatwo wchłaniana z poziomu przewodu pokarmowego forma substancji opioidowej wpływającej na ośrodkowy układ nerwowy, stosowana do powstrzymywania odruchu kaszlowego), etanol 96% (no comment)...


Poważnie - poczytajcie etykiety.


Napary ziołowe przygotowane samodzielnie w domu dają gwarancję a) świeżości; b) braku niepożądanych substancji; c) skuteczności równej suplementom diety z apteki.


Próbujemy
Nie jest złe...
Właściwie to jest pyszne!
I druga porcja - przed spaniem
















Katar

Walka z katarem przypomina walkę z wiatrakami. Jakże prawdziwe okazuje się powiedzenie, że katar leczony trwa tydzień, a nieleczony - aż 7 dni. Ale już sama obecność wydzieliny powinna być postrzegana pozytywnie - jest symptomem walki, jaką organizm prowadzi z drobnoustrojami. Niestety niewiele jest ziół, które łagodzą nieżyt górnych dróg oddechowych. Najlepiej sprawdza się połączenie kwiatów bzu czarnego, ziela fiołka trójbarwnego, ziela hyzopu, owoców kopru włoskiego, pączków sosny i ziela tymianku.  Nieocenione  natomiast okazują się inhalacje.

Można stosować ziołowe maści apteczne, plasterki naklejane na piżamki tak usilnie reklamowane w telewizji czy olejki eteryczne dodawane do nawilżaczy powietrza, można też zastąpić je środkami naturalnymi. Nie ukrywajmy - substancje zapachowe udrożniające drogi oddechowe będą w nich występować w nieco mniejszym stężeniu, ale z pewnością ograniczą do minimum ryzyko podrażnień błon śluzowych. I tak przed planowaną kąpielą chorego malucha proponuję przygotować dość esencjonalny napar z ziela tymianku, macierzanki, rumianku i szałwii lekarskiej. Wystarczy wymieszać ze sobą po 1 kopiastej łyżce każdego surowca, po czym wsypać mieszankę do płóciennego woreczka (bądź wysypać na gęste sitko), woreczek (sitko) włożyć do naczynia, zalać niewielką ilością wrzącej wody i pozostawić pod przykryciem do zaparzenia na kwadrans. Następnie usunąć zioła, a parujący, esencjonalny napar wlać do wanny wypełnionej ciepłą wodą.

Tylko trzeba pamiętać, że jeśli dziecko gorączkuje, sama kąpiel powinna trwać tylko kilka minut, a woda w żadnym wypadku nie powinna być gorąca - raczej ciepła. Natomiast jeśli dziecko nie ma gorączki, a jedynie wstępne objawy nadchodzącego przeziębienia, można je nieco w takiej pachnącej wodzie wygrzać, ale też nie dłużej, niż przez 10-15 minut.


I na zakończenie naszych wywodów jeszcze garść uniwersalnych porad:

Miód - doskonały dodatek do naparów na przeziębienie
- jeśli dziecko marudzi przy podawaniu ziołowego naparu, zawsze, bez szkody dla leczniczych właściwości wyekstrahowanych związków, można go posłodzić naturalnym miodem lub naturalnym sokiem z malin;

- nieśmiertelną i pyszną miksturą łagodzącą podrażnienia gardła jest naturalny miód zmieszany z sokiem z cytryny, podawany regularnie co kilkanaście minut po ociupince na końcówce łyżeczki do herbaty. Doprawiony odrobiną przeciśniętego przez praskę czosnku okazuje się jeszcze skuteczniejszy;

- jeśli dziecko wykazuje pozytywne nastawienie do niecodziennych smaków, można pokusić się o przyrządzenie syropu cebulowo-czosnkowego. Jedną cebulę i pół główki czosnku obrać i bardzo drobno posiekać. W słoiczku układać kolejno warstwami: cebulę, czosnek, miód. Słoiczek zakręcić i odstawić w ciepłe miejsce. Po kilku godzinach na dnie naczynia powinna już zebrać się pierwsza porcja mega zdrowego i odżywczego, choć nie oszukujmy się - raczej okropnego w smaku - syropu. U nas w domu próba podania syropu skończyła się pluciem, ale może Państwo będziecie mieli więcej szczęścia :-)




środa, 4 lutego 2015

Nareszcie słońce!


Puszcza Białowieska luty 2015
Pierwszy dzień lutego był zarazem pierwszym dniem roku 2015, gdy nad Puszczą Białowieską na dłużej (czyli na więcej niż kilka minut) rozbłysło słońce. Patrząc za okno i widząc wesoło skaczące po drzewach sikorki, słysząc ich wesołe ćwierkania charakterystyczne dla rozpoczynającej się właśnie pory godowej, mimo powiewów wciąż jeszcze chłodnego wiatru zdecydowaliśmy się na dłuższy spacer po lesie.

Puszcza Białowieska luty 2015
Tegoroczna zima, podobnie jak w ubiegła, zasługuje na miano szczególnie łagodnej. Temperatury poniżej zera odnotowuje się prawie wyłącznie w nocy, a z niespotykanie skąpej pokrywy śniegowej nie zostało już prawie nic - jedynie w zagłębieniach terenu, gdzie nie docierają promienie słoneczne, dopatrzeć się można resztek zbitego, twardego śniegu, który z białym puchem nie ma już nic wspólnego. Lecz mimo że puszcza cały czas pozostaje zmrożona: oczka wodne i bagna skute są lodem, a piaszczyste leśne dukty - twarde niczym skała, na upartego dostrzec można już pierwsze oznaki wiosny. I to dość niezwykłe: dywan utkany z na wpół zgniłych liści opadłych z drzew na jesieni tu i ówdzie przebijają już pierwsze zielone listki…poziomek.

Raniuszki - przedstawiciele populacji północnej
W drodze powrotnej udało nam się również spotkać parę raniuszków zwyczajnych. Tuż przed nosem przeleciały nam dwie maleńkie, białe, puchate kulki, za którymi ciągnęły się podejrzanie długie, czarne ogony. Dzięki temu, że zainteresowały się cienkimi gałązkami rosnących nieopodal krzewów (ptaszki szukają przyklejonych do nich smakołyków, czyli pozostawionych na zimę jaj owadów i poczwarek), udało nam się zrobić im zdjęcie. Może nie najlepszej jakości, ale czujemy się usprawiedliwieni - raniuszki to jedne z najmniejszych ptaków zamieszkujących Puszczę Białowieską. Mierzą ok. 6 cm długości, czyli mniej, niż i tak drobne wróbelki i ważą zaledwie 7-9 gramów - tyle, co jedna łyżeczka do herbaty jednej z naszych mieszanek przyprawowych. Dlatego na co dzień bardzo trudno je dostrzec - raniuszek potrafi skutecznie ukryć się nawet za najmniejszym liściem. Przy tym ptaszki te należą do bardzo ruchliwych - wciąż przemieszczają się w poszukiwaniu pożywienia.

Raniuszek zwyczajny
Raniuszek zwyczajny
Raniuszki większość roku spędzają w stadach złożonych z kilkunastu osobników, z których tylko wybrane pod koniec zimy łączą się w pary, by na przełomie kwietnia i maja złożyć jaja. Właśnie taką parę mogliśmy podziwiać. Oba ptaki należały do tzw. populacji północnej, czyli podgatunku wyróżniającego się jednolicie białym upierzeniem główki, pozbawionym brunatno-brązowych pręg przebiegających od dziobów, ponad brwiami aż po grzbiet (co nadaje łebkom raniuszków z podgatunku południowego ciemne zabarwienie). Już niedługo rozpoczną budowę wiszącego gniazda, które docelowo składać będzie się z ponad 2 tysięcy elementów: gałązek mchów, łyka, kory, puchu i pierza zebranych z okolicy (przy czym wyplataniem zajmuje się wyłącznie samica, podczas gdy samiec będzie jej dostarczał materiałów). I w gnieździe tym, gdzieś pod koniec kwietnia, te niepozorne ptaki złożą nawet do 12 jaj, z których wyklute pisklęta dokarmiać będzie… cała  raniuszkowa wspólnota - bracia i siostry rodziców, a nawet dalsi krewni i sąsiedzi, którzy z różnych powodów sami nie dochowali się w danym roku potomstwa. By na jesieni stworzyć wesołe stadko białych, puchatych kulek, przemieszczających się z szybkością światła od jednego drzewa na drugie.


Choć raniuszki nie należą do gatunków w jakiś sposób zagrożonych, w Polsce są tak rzadko spotykane, że podlegają prawnej ochronie.