środa, 25 listopada 2015

Orzechy - samo zdrowie!

Nie od wczoraj wiadomo, że orzechy porównać można do pastylki zawierającej skoncentrowane witaminy i kluczowe dla zdrowia składniki odżywcze.Okazuje się, że z ich pomocą można walczyć z szeregiem przykrych dolegliwości zdrowotnych, jak również pokryć niedobory mikroelementów przyczyniające się do rozwoju licznych chorób.


Na serce i cholesterol: orzechy włoskie i laskowe

Korzystny wpływ regularnej konsumpcji orzechów na narządy układu krążenia i system krwionośny znany jest od lat. Migdały i orzechy laskowe obfitują w kwasy tłuszczowe jednonienasycone, które pomagają kontrolować poziom cholesterolu we krwi. Jak się okazuje, wystarczy zjeść 60 g wymienionych w poprzednim zdaniu produktów dziennie, by poziom cholesterolu spadł o 7,8%. Co więcej – orzechy włoskie są jedynym rodzajem bakalii zawierającym wielonienasycony kwas omega 3, obniżający ciśnienie i wykazujący ochronny wpływ na serce. Ponadto redukują poziom homocysteiny – aminokwasu odpowiedzialnego za jeden z poważnych czynników rozwoju zmian miażdżycowych w tętnicach, zawału serca i udaru mózgu.  Przy okazji wypadałoby nadmienić, że zgodnie z opinią fińskich badaczy migdały należy jeść ze skórką, bowiem zdejmując ją pozbawiamy organizm źródła ważnych flawonoidów, wzmacniających ścianki naczyń krwionośnych i mięsień sercowy.


Na zatwardzenie: pistacje, orzechy włoskie i makadamia
Kto zmagał się z problemem zatwardzeń, prawdopodobnie odkrył już rewelacyjne, wręcz wybuchowe działanie suszonych śliwek i ich wpływ na działanie końcowej odcinka jelita grubego. Wszystko za sprawą błonnika, którego we wspomnianych, suszonych owocach jest 7,1%. Prawdopodobnie jednak wciąż tajemnicą pozostaje dla niego fakt, że istnieją małe, niepozorne, zielone orzeszki, które tego samego błonnika mają blisko połowę więcej, bo aż 10,6%! Mowa oczywiście o pistacjach, którym dzielnie dotrzymują kroku orzechy włoskie (6,5%) i makadamia (5,3%). Garść orzechowej mieszanki dziennie – i temat bolesnych posiedzeń w gabinecie dumania mamy z głowy. Przy okazji w całkiem miły sposób zmniejszamy w ten sposób ryzyko zapadnięcia na raka jelita grubego, o czym informują naukowcy z Uniwersytetu w Toronto w Kanadzie. 

Na spadek wagi: migdały, orzechy laskowe i orzechy włoskie
Wbrew powszechnemu mniemaniu, regularne spożycie bakalii, a w szczególności orzechów, zalecane jest osobom pozostającym na dietach odchudzających. Wcześniejsza teoria mówiąca o tym, że należy unikać tych produktów ze względu na ich wysoką kaloryczność, obalona została już w 2008 r. Prowadzone wówczas w Stanach Zjednoczonych badania ujawniły, że tajemnica tkwi w sytości – jeśli dostarczymy do organizmu określoną ilość kalorii w postaci orzechów, przykre uczucie głodu powróci dużo później, niż gdybyśmy dostarczyli tę samą ilość kalorii z innym rodzajem pożywienia. Co więcej – prowadzone obserwacje grup kontrolnych wskazują, że osoby odchudzające się i jednocześnie często jedzące orzechy cechują się niższym ryzykiem powrotu do dawnej wagi (wystąpienia efektu jo-jo), zaś w przypadku osób o prawidłowej masie ciała – ograniczają ryzyko rozwoju nadwagi i otyłości. Dzieje się tak, ponieważ orzechy zawierają inny rodzaj tłuszczów niż te, które odkładają się w formie oponki na brzuchu.

Na spokojną ciążę: orzechy laskowe i orzechy ziemne

Jeśli świadomie planujesz ciążę, z pewnością stosujesz któryś z suplementów diety zapewniających prawidłową podaż kwasu foliowego, niezbędnego dla prawidłowego rozwoju płodu. Możesz łykać tabletki, a przy okazji bliżej zaprzyjaźnić się z orzeszkami ziemnymi lub laskowymi. Pierwsze z wymienionych zawierają aż  145 µg naturalnej folacyny w każdych 100 g produktu, podczas gdy drugie – aż 113 µg. Biorąc pod uwagę, że zalecana dawka dzienna dla osoby dorosłej wynosi od 200 do 400 µg, regularna konsumpcja wspomnianych orzechów stanowi ważne źródło tej substancji.

Przeciwko cukrzycy: orzechy nerkowca, migdały i orzeszki piniowe
Orzech stanowią prawdziwą skarbnicę mikroelementów, czyli pierwiastków niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania każdego organizmu, jednak niezbędnych w ilościach śladowych. Zaliczają się do nich takie substancje jak magnez, mangan, wapń, fosfor, żelazo, potas, cynk, miedź i selen. Wszystkie z wymienionych możemy dostarczyć jedząc orzechy, ale na szczególną uwagę zasługuje magnez, obecny w orzechach nerkowca w ilości 292 mg, w migdałach w ilości 270 mg czy orzeszkach pinii w ilości 251 mg (na 100 produktów). Zgodnie z wynikami badań prowadzonych na Harvardzie w Harvard T.H. Chan School of Public Health, istnieje istotna zależność między spożyciem magnezu a ryzykiem zapadnięcia na cukrzycę. Okazuje się, że pierwiastek ten chroni organizm przed uodpornieniem na działanie insuliny, istotnie redukując stropień zagrożenia rozwojem choroby.


Na lepszą pamięć – migdały i orzechy laskowe
Jak twierdzi profesor Jordi Salas-Salvadó, wykładowca na Wydziale Nauk o Żywności na Uniwersytecie Rovira i Virgili (Tarragona w Hiszpanii), orzechy same w sobie nie oddziałują na procesy poznawcze u ludzi, jednak mają pośredni wpływ na czynniki decydujące o funkcjonowaniu systemu nerwowego. Regularnie konsumowane zmniejszają ryzyko zapadnięcia na jedną z chorób cywilizacyjnych takich jak cukrzyca czy nadciśnienie, nie powodują tycia, poprawiają działanie śródbłonka (tkanki wyściełającej wnętrze serca i naczyń krwionośnych), zwiększają poziom dotlenienia narządów wewnętrznych i przeciwdziałają zapaleniom, a zatem opóźniają procesy starzenia. Co więcej – obfitują w witaminę E, którą uważa się za jedną z substancji chroniących umysł przed starczą demencją. Szczególnie wiele zawierają jej migdały (25,6 mg) i orzechy laskowe (do 17,5 mg). Przy okazji oba wymienione rodzaje bakalii wydatnie poprawią wygląd naszej skóry, włosów i paznokci.

Na mniej bolesne miesiączki – pistacje

Syndrom PMS, czyli zespół napięcia przedmiesiączkowego, daje w kość zarówno samym paniom, jak i ich otoczeniu. Niestety drażliwość, zmiany nastroju i obrzęki nie zawsze zanikają wraz z pierwszym dniem krwawienia. Często zamiast zamienić się w przykre wspomnienie, symptomy zbliżającej się miesiączki dodatkowo zaostrzone zostają przez dokuczliwe bóle podbrzusza. Niekiedy tak straszne, że nawet popularne środki przeciwbólowe nie są w stanie sobie z nimi poradzić. Tymczasem jedynym środkiem łagodzącym wspomniane objawy i zalecanym przez współczesną medycynę jest suplementacja witaminowa, ze szczególnym uwzględnieniem witamin z grupy B (badania przeprowadzone w Hospital North Staffordshire w Wielkiej Brytanii). Na rynku dostępnych jest wiele sztucznych preparatów zawierających syntetyczne substancje chemiczne, jednak ich przyswajalność bywa kwestionowana. Dlatego sztuczne kapsułki warto zastąpić naturalnym źródłem witamin – orzechami. A w szczególności pistacjami, których 100 g dostarcza aż 1,6 mg witaminy B6.

Na lepszą wydajność organizmu – migdały i orzechy ziemne
W 2014 r. naukowcy z Narodowego Instytutu Medycyny Sportowej w Chinach przeprowadzili ciekawy eksperyment. Zwrócili się z prośbą do grupy złożonej z ośmiu zawodowych kolarzy i trzech triatlonistów, aby swoją dotychczasową dietę rozszerzyli o 75 g migdałów.  Następnie mierzono odległości przemierzaną przez sportowców podczas 20 pierwszych minut codziennego treningu. Po dziesięciu tygodniach regularnego spożywania migdałów okazało się, że średni dystans pokonywany przez każdego ze sportowców biorących udział w badaniu zwiększył się o 1,7 km. Okazało się, że owoce migdałowca biorą udział w regulacji podaży węglowodorów i procesie dystrybucji tlenu w organizmie. Czyli stanowią rodzaj wydajnego, taniego i w pełni legalnego dopingu. Natomiast sportowcom-amatorom oraz miłośnikom siłowni zaleca się wspomaganie orzeszkami ziemnymi, szczególnie bogatymi w białko.

Na stawy i kości – migdały i orzechy pinii
Orzechy stanowią wartą rozważenia alternatywę w przypadku konieczności wzbogacenia codziennej diety w wapń, ważny budulec naszych kości oraz równie istotną substancję odpowiedzialną za kurczliwość mięśni. Migdały stanowią jedno z najbogatszych roślinnych źródeł tego minerału. 100 g migdałów zawiera aż 269 mg wapnia, co czyni owoce migdałowca niekwestionowanymi zwycięzcami w tej konkurencji. Równie cenne okazują się orzechy pinii – obfitują w cynk (6,45 mg w 100 g) niezbędny dla prawidłowego rozrostu tkanki kostnej, co ma szczególne znaczenie u dzieci. Jak wykazały badania prowadzone na Uniwersytecie Andong w Korei, cynk stymuluje proces budowy nowych komórek oraz reguluje aktywność fosfoprotein – białek ogrywających istotną rolę m.in. w przypadku leczenia złamań kości.


Już na podstawie tego krótkiego podsumowania wyraźnie widać, że warto jeść orzechy, zarówno dla ich wyjątkowego smaku, jak i dla korzyści, jakie niosą dla naszego organizmu. Ale jaka jest zalecana dzienna dawka orzechów? Takie pytanie zadają setki internautów na wszelkich możliwych forach dyskusyjnych i… nikt nie daje im konkretnej odpowiedzi. W polskojęzycznej sieci najczęściej pojawia się enigmatyczny zwrot „garść dziennie” lub „garść” raz na kilka dni, ale głębszej precyzji brak. Zajrzałam więc do źródeł obcych i tam pojawiają się wielkości od 30 g (w ramach profilaktyki zdrowotnej) do 50 g (w zastępstwie np. jednego posiłku w diecie wysokokalorycznej) dziennie. To wystarczająco, by nie przerazić ilością kalorii tych odchudzających i jednocześnie zapewnić pełną suplementację witaminowo-mikroelementową.


Na koniec – warto pamiętać o jeszcze jednej kwestii. ILE orzechów dziennie jeść to pytanie bardzo ważne, ale dużo istotniejsze jest JAK je jeść. Orzechy stały się ostatnio bardzo modną przekąską, proponowaną przez producentów żywności w formie solonej i słodzonej. Mamy więc orzechy prażone w soli, maczane w miodzie, kropione czekoladą, topione w chrupiących panierkach o smaku cebuli lub papryki, glazurowane do postaci kamyczków, proponowane w formie draży, słodkich przekąsek, deserów lub przegryzek. Przykro mi, ale właśnie w takiej postaci NIE POWINNY być spożywane. W ramach zbilansowanej diety i dla zachowania pełni zdrowia (oraz właściwego obwodu w talii) należy włączyć je do codziennego jadłospisu nie w formie extra-posiłku, lecz jako składową dotychczasowych dań. Niskosolone lub niesolone, prażone na sucho na patelni lub w piekarniku, jako dodatek do jogurtów, sałatek czy mięs. Dopiero w takiej postaci przyniosą naszym organizmom spodziewaną korzyść.


Aromatika zachęca natomiast do skorzystania z oferty firmy u zakupu mieszanek bakaliowych – złożonych z najszlachetniejszych orzechów i rodzynek z dodatkiem (lub bez) chipsów bananowych. 1 łyżka dziennie wymieszana z płatkami owsianymi i dodana do kubeczka jogurtu naturalnego czy owocowego zamieni się w bardzo szybkie i łatwe do przyrządzenia, pyszne i odżywcze pierwsze lub drugie śniadanie. Ewentualnie zdrową i pełnowartościową przekąskę do schrupania w godzinach pracy. 

czwartek, 12 listopada 2015

Siano na talerzu

Czy wam również zdarzyło się zauważyć, że smak i aromat warzyw i owoców baaardzo odbiega o tego, co pamiętają nasze podniebienia z czasów dzieciństwa i młodości? Czy wy również coraz częściej słyszycie od znajomych opinie w stylu "Wczoraj byliśmy u teściów na działce i przywiozłem od nich trochę swojskich pomidorów, jejku, co za smak!" ? Czy wam również zdarza się zachwycać ogórkowym zapachem ogórka, paprykowym smakiem papryki albo rzodkiewkową, ostrą nutą rzodkiewki? Czyli czymś, co powinno być normalne, a coraz częściej staje się wyjątkiem? I to nawet w przypadku produktów kupowanych od pana Zdzisia na bazarku?


Niestety od kilkunastu lat zauważyć można tendencję to stałego pogarszania parametrów organoleptycznych żywności, choć w ostatniej dekadzie zjawisko to osiągnęło zatrważające rozmiary. Na talerzach królują pomidory o smaku trawy, bezwonne pieczarki, tekturowe jabłka, dmuchane truskawki i plastikowe kalafiory. Kiedy moja matka gotowała zwykłą marchewkę z groszkiem na obiad, warzywami pachniał cały dom. Gdy kroiła w kuchni cebulę, dwa pokoje dalej wszyscy płakali razem z nią. A jeden ząbek czosnku z powodzeniem wystarczał do aromatyzowania kotletów mielonych dla całej rodziny. Dzisiaj o tym, że mam do czynienia z cebulą wiem dopiero wtedy, gdy przypadkiem za mocno podsmażę ją na patelni, a czosnek można spokojnie zjeść w kanapce i nawet jeśli nie umyjemy zębów, po godzinie woń oddechu wraca do normy…

Pomidory z supermarketu
Pomidory z ogródka teściowej
Wychodziłoby na to, że marchewka z dziś nie jest równa marchewce z wczoraj. Ale przecież, o ile można mówić o różnicy w jakości produktów przetworzonych, np. wędlin, to mówienie o różnicy w jakości karotki sprzed dwudziestu lat i obecnej trąci absurdem. Ewentualnie szala zwycięstwa przechyla się, paradoksalnie, na korzyść tej ostatniej. Wyrośnięta, dorodna, jednolicie wybarwiona w miejsce pamiętanej z dzieciństwa, fikuśnie poskręcanej i pełnej czarnych kanalików wyżartych przez robale… Więc w czym tkwi przyczyna jest bezsmaku? Ogólnie rzecz ujmując: właśnie w tym jej pięknym wyglądzie. A konkretnie: łańcuchu procesów prowadzących do uzyskania wspomnianego piękna. Czyli: praktycznej likwidacji sezonowości produktowej, promocji tzw. "zrównoważonego rolnictwa", zmianie systemu magazynowania i dojrzewania płodów rolnych, pogorszeniu jakości dostępnej wody oraz… praktycznym ujednoliceniu odmian produktowych. Po bliższej analizie okazuje się, że faktycznie ten pomarańczowy kawałek korzonka kupowany dziś w sklepie i podpisany jako "marchewka" ma już niewiele wspólnego z produktem, jaki królował na naszych talerzach jeszcze dwadzieścia lat temu.

Naturalna sezonowość i jej sztuczny brak

Święta Bożego Narodzenia bez pomidorów? Wielkanoc bez małosolnych ogórków domowej produkcji? Brak zupy marchewkowej w maju i czerwcu? - to dzisiaj sytuacje praktycznie niewyobrażalne, choć do niedawna (dla naszych matek i babć) całkiem normalne. Występowało coś, co nazywało się sezonowością produktów. Truskawki dojrzewały w czerwcu - przez dwa tygodnie człowiek obżerał się truskawkami, bo w pozostałych 50 tygodniach roku truskawek nie było (chyba że babci udało się trochę zamrozić albo litościwie przerobiła je na dżem). W lipcu dojrzewały ogórki? To się jadło ogórki we wszelkich możliwych postaciach, by w sierpniu zastąpić je papryką (na zmianę z porzeczkami), a we wrześniu - winogronami. Na święta czasem były gruszki, ale tylko odmiany konferencja, którą zbierało się z drzew późną jesienią  i która jako jedna z niewielu była w stanie przetrwać kilka miesięcy przechowywania. To, czego nie dało się przejeść, przerabiano: marynowano, konserwowano, kiszono, kwaszono, suszono i mrożono.

Teraz jest inaczej - klient wymaga, więc klient ma. Pełna gama warzyw i owoców dostępnych jest praktycznie od ręki przez cały rok, a jedynym wyznacznikiem poziomu ich konsumpcji jest cena i zasobność portfela nabywcy. Czy to znaczy, że brzoskwinie dojrzewają teraz w lutym? Nie. Ale gruntownie zmienił się sposób zbierania, magazynowania i dystrybucji płodów rolnych. Za względu na wymogi narzucone przez głównych odbiorców (wielkie sieci handlowe), owoce i warzywa zbiera się właściwe zielone i przez długie miesiące przechowuje w specjalnych komorach sztucznie spowalniając proces dojrzewania (a jednocześnie chroniąc przed zgniciem). Następnie, tuż przed planowanym transportem do sklepu, równie sztucznie poddaje działaniu środków przyspieszających dojrzewanie, w taki sposób, by produkt dotarł do sklepu docelowego w stanie "w sam raz" do konsumpcji. Niestety nie ma szans, żeby taki owoc lub takie warzywo smakowało jak to z babcinej piwniczki.

Raz a dobrze

Takie jabłka jedzą nasze dzieci
Takie jabłka pamiętam
z dzieciństwa
Jak wspomniałam, wiele produktów zbiera się zielonych. Siłą rzeczy ich smak i zapach różnią się od warzyw czy owoców, które w naturalny sposób dojrzały na świeżym powietrzu, w pełnym słońcu i czerpiąc pełnię składników odżywczych z gleby. Tego rodzaju proces znajduje uzasadnienie w przypadku towarów importowanych (np. cytrusów do Polski, które muszą przetrwać długi, niekiedy kilkutygodniowy rejs i okres, jaki dzieli je od przybycia do portu a rozwiezieniem do sklepów w całym kraju), ale dlaczego stosowany jest do wszystkich, również rdzennie rodzimych płodów rolnych, które z powodzeniem można byłoby zbierać tuż przed podaniem na stół? I tu znów kłania się skala produkcji. Coraz większe i rozleglejsze gospodarstwa wymagają optymalizacji. Nie da się co drugi dzień skontrolować kilkudziesięciu hektarów sadu dla zebrania akurat tych jabłuszek, które już nadają się do jedzenia, ale już za kilka dni zaczną gnić na drzewie, więc fajnie byłoby je sprzedać. Coś, co było możliwe w małych, rodzinnych gospodarstwach, na plantacjach jest nie do zrealizowania. Zbiór jest jeden i dla zagwarantowania zysku musi odbyć się zanim owoce zaczną dojrzewać.

Niesłusznie pomijana woda

Jednym ze sposobów promocji owoców i warzyw jest wskazywanie na ich "ekologiczność", przez co rozumie się brak zastosowania pestycydów w procesie ich uprawy. Tymczasem, zdaniem agronomów, bycie lub nie produktem ekologicznym nie przesądza o smaku owocu czy warzywa. Jakkolwiek oczywiście ma wpływ na ilość chemii wprowadzanej do organizmu, to na smak i aromat - nie. Natomiast bardzo duże znaczenie dla tych własności ma jakość wody czerpanej przez roślinę ze środowiska. Warzywa i owoce składają się nawet w 70-95% z wody, która pobierana jest przez roślinę wraz ze związkami mineralnymi wraz z podłoża. Jeśli woda ta pełna jest zanieczyszczeń (np. zebranych przez deszczówkę wprost z atmosfery, albo pochodzących z niskiej jakości wód gruntowych), to siłą rzeczy będzie to miało wpływ na ostateczny smak zebranych owoców. A chyba wiadomo, jak wygląda kwestia ochrony środowiska w naszym kraju...

Grzech nasz powszedni

Marchewka dostępna w sklepach
Marchewka - prosto z własnego
ogródka
My sami, jako konsumenci, też nie jesteśmy bez winy jeśli chodzi o pogorszenie własności organoleptycznych warzyw i owoców. Z ręką na sercu odpowiedzcie na pytanie: mając do wyboru marchewkę poskręcaną i powykrzywianą i prostą, którą kupicie? Albo trzymając w ręku parchate jabłko i owoc o równej, gładkiej skórce, który wybierzecie? Otóż nawet świadomi konsumenci bardzo często łapią się w pułapkę pięknego wyglądu. I dobierają papryczki wolne od załamań i plamek na skórce, albo brzoskwinie o idealnie okrągłym kształcie i zbliżonych rozmiarów, podczas gdy "najbrzydsze" owoce zawsze zalegają nietknięte, nierzadko wyrzucane potem na śmietnik. Szczerze przyznaję, że też kilka razy złapałam się na odkładaniu na bok jakiejś mniej wyględnej śliwki czy gruszki, bo bardzo ciężko jest zwalczyć tkwiąc głęboko w podświadomości stereotypy "brzydkie jest niezdrowe". A tym bardziej, gdy chodzi o mamę wybierającą owoce, jakie za chwilę poda swojemu dziecku (tak, umysły też płatają nam figle, drogie mamy!).

Nie ma więc co się dziwić, że wszyscy sprzedawcy, dla minimalizacji strat, starają się oferować do sprzedaży wyłącznie najładniejsze produkty o najlepszej prezencji. Te z plamkami, załamaniami, rozcięciami, nierównym kolorytem, nieforemne i poskręcane są odrzucane lub skupowane po rażąco niskich cenach. Z tego powodu również rolnicy zainteresowani są prowadzeniem upraw wyłącznie odmian gwarantujących zyski. A stąd już tylko krok do stosowania rozwiązań oferowanych przez współczesną naukę, czyli modyfikacji genetycznych. Modyfikowane genetycznie owoce i warzywa, odporne na susze, na przelanie, na robaki, na brak słońca, na grzyby i inne choroby roślin powoli wypierają tradycyjne, rodzime odmiany. Zapewniają zawsze dorodne plony zawsze dorodnych i  zawsze takich samych (niczym odlanych z formy) owoców czy warzyw. Niestety - jak do tej pory wysiłki genetyków koncentrowały się prawie wyłącznie na zagwarantowaniu wysokiej wydajności zbiorów i właściwego wyglądu produktu końcowego odpornego na uszkodzenia powstające w transporcie, podczas gdy zapomniano o takim szczególe, jak smak tworzonych w laboratoriach hybryd. I choć ten błąd teoretycznie wydaje się możliwy do naprawienia, to pytanie brzmi, czy ktoś, prócz samych konsumentów, będzie tym zainteresowany?
Każdego roku w samych tylko
Stanach Zjednoczonych
wyrzuca się 20% zbiorów -
tylko dlatego, że są "brzydkie"

Wygląda na to, że póki króluje handel supermarketowy, póki dotacje rolnicze kierowane będą do dużych producentów rolnych, a polityka państwa nie zmieni się i promować będzie rozwój wyspecjalizowanych i bardzo dużych gospodarstw rolnych, raczej nie mamy co liczyć na powrót pomidorów o smaku prawdziwych pomidorów. Jednak, mimo że pole manewru nie jest zbyt szerokie,  wcale nie jesteśmy odgórnie skazani na konsumpcję plastiku. Po prostu:

- kupujmy owoce i warzywa sezonowe. Truskawki w czerwcu, kalafiory w lipcu, paprykę w sierpniu, a jabłka we wrześniu i październiku, zostawiając cytrusy na zimę. Wtedy mamy największe szanse, że trafimy na produkty świeże, a nie miesiącami magazynowane, choćby w najlepszych nawet warunkach. Decydując się na zakup "ogórków gruntowych" w grudniu trzeba mieć świadomość, że wyhodowano je gdzieś hen, daleko, daleko w ciepłych krajach, zatem musiały zostać zebrane na długo przed naturalnym dojrzeniem, aby wytrzymać dystrybucję i transport. Ewentualnie pochodzą ze sztucznie doświetlanych szklarni, więc naturalnego słońca w życiu nie widziały na oczy;

- w pozostałych miesiącach roku można ratować się produktami mrożonymi lub przetworzonymi zgodnie z tradycyjnymi recepturami (np. ketchup, marynowana papryka, kiszona kapusta i kwaszone ogórki, etc.).

Brzydkie smakuje lepiej!
- uważajmy na targach. Jeszcze do niedawna kupowanie na targu wydawało się stuprocentową gwarancją nabycia produktów "prosto od chłopa", czyli w miarę naturalnych, bez lub ze znikomą zawartością chemii, niepryskanych, itp. Niestety, te czasy to już przeszłość, nawet w małych miastach i miasteczkach! Jeśli w skrzynkach leżą równej wielkości jabłuszka pozbawione plamek, albo domyte do czysta ziemniaki, marchewka bez śladu ziemi, nieprzebarwione pomidory albo nienadgryziony przez robaka brokuł - jest duża szansa, że produkty pochodzą z hurtowni rolnej (tej samej, co zaopatruje supermarkety) i będą podobnie trawiaste w smaku;

- a osoby z możliwościami (czyli dużą ilością wolnego czasu, zdrowiem i jeszcze kawałkiem własnego ogródka) mogą pokusić się o utrzymanie kilku własnych, osobistych krzaczków pomidorów czy papryki. Różnica w smaku własnoręcznie wyhodowanych warzyw będzie horrendalna, a satysfakcja z udanej uprawy - dokładnie odwrotnie proporcjonalna do frustracji z powodu zakupu kolejnego kilograma warzyw o smaku papieru.

A na koniec zachęcam do gotowania warzyw na parze. Jeśli nie z powodów dietetycznych, to dla smaku właśnie. Przygotowane w ten sposób jarzyny zachowują daleko więcej naturalnego aromatu, niż gotowane w wodzie, w której, pod wpływem działania temperatury, większość związków aromatycznych ulega bezpowrotnemu rozproszeniu w roztworze.

czwartek, 29 października 2015

Dieta, o której milczą reklamy

Dzisiaj kilka słów o mitach żywieniowych oraz dietach "cud", których cudowność polega wyłącznie na skutecznym nabijaniu kabzy ich twórcom, i równie skutecznym wywoływaniu frustracji u ludzi pragnących rzeczywiście schudnąć.


Do napisania tego postu skłoniły mnie niezwykle nachalne reklamy atakujące zewsząd na każdym dosłownie większym portalu internetowym, a obiecujące mi uzyskanie figury modelki bez wysiłku, bez wyrzeczeń, łez, bólu i potu. Jedna kapsułka, góra dwie dziennie, które sprawią, że za miesiąc będę wyglądać jak młoda bogini, bez zbędnych fałdek, obwisłości i trzęsącego się tu i ówdzie tłuszczyku. Dieta żon piłkarzy, sposób na schudnięcie stosowany przez modelki, aktorki, celebrytki z ziemi rodzimej czy zza oceanu, które swoimi nazwiskami gwarantują jej skuteczność. W końcu jak ONE wyglądają - podziwiać można codziennie w mediach. Czy ja mam być gorsza? Przecież podobny sukces jest na wyciągnięcie ręki! Wystarczy zarejestrować się na stronie producenta odchudzającego suplementu diety (a czasem nawet jest to zbędne), kliknąć ikonkę "kup teraz", zapłacić (choć dopuszcza się płatność w czasie odbioru), po czym zażyć pigułkę i rozsiąść się wygodnie w fotelu, czekając, aż nadmiar naszego tłuszczu cudownie wyparuje. Do tanich te kapsułki z pewnością nie należą, ale przecież płaci się za wygodę. I skuteczność. Bo skoro tak fajnie działają, i potwierdza to zdjęcie Mariolki z Bytomia, co w miesiąc zrzuciła 15 kg, to przecież muszą być skuteczne, prawda? Ewentualnie można się przemóc i zacząć stosować którąś z tzw. diet cud, na których to przyjaciółka koleżanki sąsiadki naszej babci straciła 10 kg w dwa tygodnie. Wymaga to nieco wysiłku, ale jest też nieco tańsze, a efekt - ma być porównywalny. Tylko od nas zależy, którą drogę wybierzemy. Nagroda jest jedna: piękne, szczupłe ciało.

Jedna z jakże sugestywnych
reklam
Jak to zachęcająco brzmi: w ciągu zaledwie kilku tygodni rozwiązać problem narosły przez lata złych nawyków żywieniowych, i to przez zachowanie łatwej, miłej i przyjemnej diety, polegającej na stosowaniu dwóch czy trzech prostych zasad, zazwyczaj żywieniowych. Szach-prast, jeden ruch ręką i problem znika. Prawdopodobnie właśnie dlatego tyle osób pragnących schudnąć nagle zastępuje śniadanie wodą z cytryną, zmienia pszenne bułeczki na pełnoziarniste pieczywo, podczas spaceru opiera ciężar ciała głównie na palcach u nóg, obwija biodra folią stretchową, zaczyna pochłaniać hurtowe ilości bakłażanów (albo ananasów, albo karczochów, albo brzoskwiń w syropie), albo zjada każdy składnik posiłku oddzielnie, albo bez umiaru popija zieloną herbatę (albo napar z żeń-szenia, wyciąg z guarany, etc) - wymieniać można długo. Z boku może się to wydawać głupie. I w zasadzie jest. Problem w tym, że wszystkie wspomniane "cudowne" sposoby na zrzucenie wagi propagowane są przez sieć i drukowane czasopisma (adresowane głównie do kobiet), a ich skuteczność podpierana jest różnego rodzaju badaniami, co jednak ciekawe - nigdy nie wymienionymi z nazwy. Zdarza się również, że wyniki tych badań bywają komentowane przez różnej maści "specjalistów" - osoby o zmyślonych imionach i nazwiskach, podpisanych jako dietetycy lub nawet doktorzy (choć próżno szukać ich w spisie praktykujących lekarzy albo na listach absolwentów wyższych uczelni), a całość opatruje się sterylnym zdjęciem młodej, uśmiechniętej osoby w białym / niebieskim / zielonym kitlu. To dodaje tym cud-zaleceniom odchudzającym powagi, autentyczności i autorytetu, mimo że na chłopski rozum mogą być kompletną bzdurą.

Publikacje dotykające tematyki żywieniowej pełne są różnego rodzaju mitów, przekłamań i oszustw. Niektóre opierają się na przestarzałych, dawno obalonych zaleceniach (np. sprzed blisko czterdziestu lat, jak to o zakazie jedzenia więcej niż trzech jajek tygodniowo), inne - wyłącznie na sugestywnych teoriach i niezwykle przekonująco brzmiących sugestiach sprzedawców cudownych specyfików odchudzających.  

Naprawdę wierzysz,
że to ta sama dziewczyna ???
Tym niemniej wszystkie oszustwa dotyczące odchudzania mają wiele wspólnego. Amerykański instytut żywienia Academy of Nutrition and Dietetics definiuje diety "cud" jako: obiecujące bardzo szybką utratę wagi, zalecające spożywanie dużych ilości jednego rodzaju produktu lub zakazujące spożywania określonej grupy produktów, dopuszczające spożywanie wyłącznie określonych kombinacji produktów, określające bardzo ścisłe menu oraz twierdzące, że dla zrzucenia wagi nie jest konieczny żaden wysiłek fizyczny. Każda dieta odchudzająca, która spełnia choć jeden z wymienionych punktów, powinna zapalić czerwone światełko alarmowe w umyśle osób pragnących ją zastosować.

Można próbować po kolei obalać poszczególne mity, ale praktycznie niemożliwe jest wymienić wszystkie przekłamania krążące w sieci dotyczące diet odchudzających. Spróbuję więc przekrojowo naświetlić temat:

Diety promujące jeden składnik żywieniowy

Faktyczni, dyplomowani dietetycy bezustannie powtarzają: nie istnieje żaden cudowny produkt żywnościowy odpowiedzialny za chudnięcie. Dieta to kombinacja produktów żywnościowych o globalnie prozdrowotnym charakterze, nie ma potrzeby ścisłego wykluczania praktycznie niczego, co najwyżej zalecane jest ograniczenie spożywania niektórych składników (np. żywności z dodatkiem cukrów). Tymczasem z łatwością można znaleźć diety bazujące na wyłącznie jednym produkcie. Wystarczy wspomnieć o bardzo popularnej diecie kapuścianej, czy nieco mniej znanej w Polsce, za to święcącej triumfy na zachodzie Europy - diecie karczochowej, które mają oczyszczać organizm i powodować rekordowo szybkie tracenie na wadze. Po zapoznaniu się ze szczegółowymi zaleceniami obu reżimów żywnościowych jak na dłoni widać, że spełniają właściwie wszystkie przesłanki "diety cud", w związku z czym należałoby do nich podejść z dużą dozą nieufności. W rzeczywistości bazują bowiem na drastycznym ograniczeniu ilości kalorii dostarczanych do organizmu. Kapusta czy karczoch nie posiadają cech odróżniających ich w jakiś szczególny sposób od innych jarzyn - można je zastąpić dowolnym innym warzywem uzyskując identyczne rezultaty. Czyli nagłą, szybką utratę kilogramów w początkowym okresie stosowania diety z powodu ograniczenia dostarczanej energii, zakończoną spektakularnym efektem jo-jo i powrotem do dawnej, lub jeszcze większej wagi po zakończeniu głodówki.

Reklamy cudownych środków
nie są domeną wyłącznie polskich
serwisów
Inne diety cud bazują na zastosowaniu suplementu zastępującego jedzenie lub oddziałującego na procesy trawienne i metaboliczne. Te diety pozostają szeroko reklamowane w Internecie za pomocą licznych ogłoszeń i polecane są przede wszystkim przez… samych producentów danego środka. Przykładowo - ostatnio coraz głośniej na temat suplementu diety zawierającego wyciąg z mango afrykańskiego Irvinga Gabonensis. Reklamowany jest jako spalacz tłuszczu, regulator apetytu, eliminator toksyn, a nawet środek wpływający na działanie układu hormonalnego. Tymczasem rzeczywistość jest brutalna - to nic więcej, niż zwykły owoc tropikalny. Owszem - bogaty w witaminy i minerały, ale pozbawiony przypisywanych mu super-właściwości. Albo Garcinia Cambogia - cudowna azjatycka roślina obfitująca w rzekomo odchudzający kwas hydroksyoctowy (lepiej brzmi niż swojska nazwa kwas glikolowy, używany do produkcji kosmetyków). I tak właśnie dzieje się w przypadku większości odchudzających suplementów diety, które reklamowane są jako wybitnie skuteczne środki, których rzeczywistego działania nikt tak naprawdę nie weryfikuje.

Diety zakazujące spożywania określonego rodzaju produktów

Kup modelce spodnie za duże
o pięć numerów i udawaj, że jej
figura to efekt diety
Tego rodzaju diety należą do szczególnie modnych. Na przykład dieta wysokobiałkowa - nie ma chyba osoby, która nie słyszała o reżimie jedzeniowym opracowanym przez Pierra Dukana, byłego już lekarza z Francji (w 2014 r. został skreślony z listy osób posiadających prawo praktykowania medycyny). Na fali pierwszego sukcesu dieta przekształcona została przez swojego twórcę w rodzaj filozofii wyznawanej przez rzesze zwolenników, gotowych wydać majątek za nowe przepisy. Albo dieta alkaliczna, zakazująca spożycia określonego rodzaju żywności, która ma rzekomo zakwaszać organizm - w rzeczywistości bazuje na teorii, która nigdy nie została potwierdzona. Jak twierdzą biochemicy, organizm każdego człowieka utrzymuje poziom pH na bardzo wyrównanym poziomie, zaś jedzenie może wpływać jedynie na poziom kwasowości moczu. A ten wskaźnik nie ma większego wpływu na funkcjonowanie naszego ciała. Słowo "alkaliczny" brzmi jednak egzotycznie, zaś "zakwaszanie" kojarzy się negatywnie - i tak, na zasadzie zwykłych przeciwieństw, autorzy absurdalnej diety budują wokół niej otoczkę naukowości, sprzedając swoje zalecenia żywnościowe za grube pieniądze.  

Diety dopuszczające określone kombinacje składników

Coś dla siebie znajdą również zwolennicy diet zróżnicowanych, które proponują spożywanie posiłków złożonych ze ściśle określonej ilości i rodzaju składników. Powołując się na modne hasło "metabolizm" zalecają oddzielne jedzenie każdego rodzaju makroelementów (węglowodanów, protein i tłuszczów), ze względu na odmiennie przebiegające procesy ich trawienia. Tymczasem nie istnieją żadne rzetelne badania naukowe na ten temat. Tylko jedno, którego wyniki opublikowano w 2000 r. w International Journal of Obesity, polegało na obserwacji dwóch grup osób pozostających na diecie odchudzającej. Jedna grupa spożywała posiłki skomponowane z różnorodnych składników żywnościowych, podczas gdy druga - posiłki jednorodne, zawierające wyłącznie jeden rodzaj makroelementów. Eksperyment ujawnił brak wyraźnych (istotnych statystycznie) różnic w tempie chudnięcia między oboma grupami. Ale jeśli dasz wiarę zapewnieniom twórców tej teorii dietetycznej, musisz zapłacić za informacje co i kiedy spożywać, co można łączyć, a co nie powinno nawet leżeć obok siebie na jednej półce w lodówce. 

Diety dopuszczające bardzo surowe menu

Wymagają od osób pragnących schudnąć precyzyjnego liczenia kalorii i wręcz matematycznej precyzji, zupełnie jakby ciało człowieka było maszyną poruszaną wyłącznie silnikiem, z wyłączeniem pozostałych układów - np. czynnościami trawiennymi, wpływem hormonów, czy całością procesów zachodzących w organizmie. Wielu przykładów, że to wcale nie działa zgodnie z założeniem, dostarczają badania dotyczące wpływu konsumpcji suszonych owoców czy awokado, z góry odrzucanych przez każdą dietę z powodu swojej kaloryczności. Tymczasem związek między ich spożyciem a otyłością jest dokładnie odwrotny. To oczywiście nie oznacza, że wymienionej wyżej produkty przyspieszają tracenie na wadze, lecz wskazuje, że kwestie dietetyki pozostają daleko bardziej złożone, niż proces sumowania kalorii. Ta sama ilość energii może bowiem zostać szybko spalona/zużytkowana, bądź odłożyć się w postaci tłuszczyku.  

Diety, które zwalniają z ćwiczeń fizycznych

Aż trudno uwierzyć,
jak wiele osób daje się na to nabrać
Rzadko kiedy opinie lekarzy i naukowców pozostają tak zgodne, jak w przypadku diet odchudzających - każdemu procesowi chudnięcia powinna towarzyszyć aktywność fizyczna. Chociaż nie jest to czynnik decydujący (chyba że chodzi o ćwiczenia szczególnie intensywne), to jednak niezbędny dla zachowania pełni zdrowia do długiej starości. Tymczasem wiele pseudonaukowych opinii skupia się na propozycjach absurdalnych ćwiczeń mających na celu przekonanie osoby odchudzające się, że w ten sposób wspomaga cały proces tracenia na wadze. Przykłady? Spotkałam się z zaleceniem, że spacerując wystarczy opierać ciężar ciała na palcach u nogi. Albo że wystarczy pięć minut dziennie leżeć na ręczniku zwiniętym w ciasny wałek i włożonym pod plecy na wysokości krzyża - na wzór japoński. Albo że trzeba obwinąć się folią stretch na 15 minut dziennie, to wyszczupli się wybrane partie ciała. Tymczasem nie ma szans, by wysiłek porównywalny z kiwnięciem palcem efektywnie pomógł komukolwiek w odchudzeniu się. Co najwyżej sprawi, że nabawimy się bólu kręgosłupa.  Jest to jednak dobry i działający na wyobraźnię sposób przekonywania naiwnych osób, że możliwe jest uzyskanie dobrych efektów przy minimalnym zaangażowaniu. Jeśli zestawić to z propozycją zażywania pastylki "na odchudzanie" można być w zasadzie pewnym, że klientów nie zabraknie…


Sekret udanej diety - RUCH
Jak mówią prawdziwi dietetycy: nie istnieje żaden cudowny produkt, który w ciągu kilku tygodni rozwiąże nasze problemy zdrowotne bądź związane z nadmierną tuszą, na które sami pracowaliśmy długie lata życia. Jedyne, co naprawdę oferują suplementy, to czcze obietnice dla borykających się z nadwagą, i dobre zyski dla producentów tych specyfików. Którzy zacierają ręce patrząc na potencjał rynku. Aż 72% Polek przyznaje bowiem, że przynajmniej raz w życiu było na diecie, ale tylko niespełna jednej piątej udało się trwale pozbyć nadwagi. I, jeśli przyjrzeć się bliżej, żadna z osób, której ostatecznie udało się osiągnąć wymarzoną sylwetkę, nie uczyniła tego na diecie kapuścianej czy zjadając magiczne kapsułki "slim", albo wkładając sobie zwinięty w rulonik ręcznik pod plecy. Sekret ich sukcesu tkwił w rozsądnej i trwałej zmianie zarówno nawyków żywieniowych, jak i całego trybu życia. Nie da się schudnąć przed telewizorem - niestety zbędny tłuszcz trzeba wypocić. Choćby na rowerze albo podczas spaceru, ale jednak w ruchu. Jednym słowem: żeby ruszyć nadwagę, trzeba najpierw ruszyć tyłek. Ale przecież żaden z producentów odchudzających suplementów diety nie napisze o tym w reklamie. Żaden nie będzie propagował hasła: "jedz mniej + zacznij ćwiczyć = chudnij". Dalej za grube pieniądze będą sprzedawać marzenia dbając o to, by przypadkiem żaden z ich klientów nie osiągnął celu, bo to znaczyłoby przecież odcięcie źródełka całkiem potężnych przychodów.


Ps. Figura modelki - przedmiot pożądania milionów kobiet... 


Tak wygląda ideał piękna
lansowany przez dyktatorów mody.

środa, 14 października 2015

Ziołolecznictwo - zdecydowanie najstarsza metoda leczenia!

Przyjęło się powszechnie uważać, że najstarszą metodą leczenia znaną ludzkości jest ziołolecznictwo, czyli fitoterapia. Zioła, ich mieszanki i wszelkiego rodzaju preparaty i mikstury przygotowywane na bazie surowców oferowanych przez matkę naturę wykorzystywano nie tylko do zaspokajania bieżących potrzeb ciała toczonego chorobami, lecz również ducha, jako ważny składnik obrzędów medycznych. 


Człowiek neandertalski
Jak sugerują zachowane źródła, wyjątkowe, prozdrowotne właściwości poszczególnych roślin znane były już Sumerom, Babilończykom i Egipcjanom około 3.000 lat p.n.e (czyli w XXX w. p.n.e!!!), którzy skrupulatnie spisywali receptury medyczne na glinianych tabliczkach. Jeszcze wcześniej kształtowały się systemy tradycyjnej medycyny indyjskiej i chińskiej, które datuje się na 5.000-4.000 lat p.n.e. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że fitoterapia była umiejętnością właściwą wyłącznie homo sapiens. Badania wskazują, że zioła z powodzeniem stosował już człowiek neandertalski, zamieszkujący Europę i Azję około… 300.000 lat temu!

Mimo istnienia stosunkowo dużej ilości stanowisk archeologicznych i sporej ilości zachowanych szczątków kopalnych, nasza wiedza dotycząca ludzi kopalnych jeszcze do niedawna opierała się przede wszystkim na przypuszczeniach i hipotezach. Dopiero rozwój nauk ścisłych (biologii, genetyki, informatyki), jak również ogromny postęp techniczny i stworzenie precyzyjnej aparatury laboratoryjnej o ogromnych mocach przeliczeniowych, umożliwiły badaczom weryfikację wcześniejszych założeń. Wyniki prowadzonych dziś analiz ujawniają niekiedy zadziwiające informacje, zmuszając do zmiany (niekiedy fundamentalnej) naszych założeń o życiu naszych przodków. Dokładnie tak stało się w przypadku diety człowieka neandertalskiego.

Neandertalczycy nie byli w 100%
mięsożerni, jak do niedawna
przypuszczano
Jeszcze przed kilku laty w świecie naukowym dominowały opinie uznające Neandertalczyków za gatunek ściśle mięsożerny, przy czym właśnie obecnością dużej ilości białka w codziennej diecie tłumaczono większą niż właściwa dla homo sapiens objętość mózgu (mięso dostarczało na tyle wiele protein, że umożliwiło rozbudowę tego organu). Aby potwierdzić te założenia, grupa naukowców pracujących pod kierunkiem Karen Hardy z Uniwersytetu Autonomicznego w Barcelonie postanowiła sprawdzić, czy uda się określić rodzaj pożywienia konsumowanego przez Neandertalczyków na podstawie analizy próbek skamieniałych osadów pobranych z ich zębów. Było to dość karkołomne zadanie: po raz pierwszy w historii podjęto bowiem próbę zbadania zwapniałej mikroflory bakteryjnej jamy ustnej ludzi kopalnych. Podstawą badań stało się 10 próbek pobranych od pięciu osobników zamieszkujących jaskinię El Sidrón w Asturii, gdzie w 1994 r. znaleziono niezwykle bogate szczątki ludzi neandertalskich, w tym blisko 2000 fragmentów skamieniałych kości należących do co najmniej 13 osobników żyjących około 50 tys. lat temu.

Krwawnik - hamuje
krwawienia i zmniejsza
obrzęki
Do badania próbek wykorzystano technikę spektometrii masowej i desorpcji termicznej oraz analizę morfologicznej mikroskamieniałości roślinnych. Skład kamienia nazębnego ludzi kopalnych z hiszpańskiej groty okazał się dość… zaskakujący: wyniki testów ujawniły obecność stosunkowo dużej ilości skrobi i węglowodanów, których mięso jest pozbawione, a które to związki pozostają charakterystyczne dla pokarmów roślinnych. Co więcej - odnaleziono również fragmenty kumaryn i azulenów, tj. związków występujących w olejkach eterycznych takich ziół jak rumianek, krwawnik, korzeń biedrzeńca czy bylica piołun. Dokładniejsze badania pozwoliły uściślić, że w przypadku grupy z El Sidrón chodziło o stosowanie dwóch pierwszych z wymienionych ziół: rumianku i krwawnika właśnie. Potwierdzono także regularne spożywanie suszonych owoców, grzybów, orzechów oraz różnych gatunków traw, a nawet warzyw. Tym samym okazało się, że prawdziwa dieta Neandertalczyków pozostawała dużo bardziej złożona i urozmaicona, niż wskazywałyby na to wcześniej prowadzone analizy izotopowe.

Ale to nie wszystko. Na zębach ludzi kopalnych udało się stwierdzić obecność związków składowych dymu drzewnego. Wśród nich m.in. estry metylowe, fenole, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne oraz… bitum, pochodzący prawdopodobnie ze spalania łupków bitumicznych. To dowodziło tylko jednego: Neandertalczycy nie tylko nie byli 100% mięsożerni, lecz również poddawali pożywienie obróbce termicznej na ogniu: piekli, smażyli i gotowali. A zatem potrafili też przyrządzać wodne wyciągi roślinne z ziół. 

Rumianek - działa antyseptycznie
i kojąco na zmysły
Wysoki stopień zróżnicowania zidentyfikowanych roślin sugeruje, że neandertalczycy z El Sidrón posiadali wyrafinowaną wiedzę dotyczącą naturalnego otoczenia swoich siedlisk. Nie tylko wybierali surowce najbogatsze w składniki odżywcze, lecz również potrafili dzielić poszczególne produkty na te stanowiące źródła energii oraz posiadające właściwości lecznicze. Skąd jednak wiadomo, że rumianek i krwawnik były spożywane w celach leczniczych, a nie jako składnik np. zupy? Istnieją dwie przesłanki, które przemawiają za tym twierdzeniem. Po pierwsze: obie rośliny posiadają znikome właściwości odżywcze, więc nawet podczas ewentualnie przedłużających się okresów głodu ich zbieranie i gotowanie było bezcelowe. Zabierało daleko więcej energii, niż taki ziołowy wywar mógł dostarczyć. Po drugie: oba produkty charakteryzują się cierpko-gorzkim, nieprzyjemnym smakiem. Ich dodatek do tradycyjnego pożywienia znacznie obniżałoby jego atrakcyjność, nawet jeśli przyjąć, że nie mieliśmy do czynienia z konsumentami o średnio wyrafinowanych wymaganiach gastronomicznych. Rumianek i krwawnik musiały być zatem spożywane w pełni intencjonalnie, ze względu na swoje zdrowotne właściwości. Wykazują one działanie przeciwzapalne i bakteriostatyczne, stosowane w postaci okładów na otwarte rany i skaleczenia hamują krwawienia i stanowią skuteczny środek antyseptyczny, zapobiegający rozwojowi zakażeń. Natomiast w formie naparu przyjmowanego doustnie wspomagają trawienie i regulują funkcjonowanie układu trawiennego, jak również koją nerwy, uspokajają i działają lekko nasennie.

Wiadomo, że Neandertalczycy wykazywali wysoki poziom więzi społecznych: doglądali chorych i chowali zmarłych, a przed pochówkiem ciała bliskich obsypywali kwiatami. Obecnie osiągnięcia tej kopalnej populacji można poszerzyć o dodatkową umiejętność: leczenia chorych i praktycznego zastosowania szczegółowej wiedzy z zakresu fitoterapii. A twierdzenie, że ziołolecznictwo jest najstarszą formą leczenia, nabiera zupełnie nowego wymiaru w rozumieniu czasu i przestrzeni…

Biżuteria neadertalczyków
Ps. Ostatnie odkrycia dokonane na stanowiskach archeologicznych w chorwackiej Krapinie wskazują, że określanie prymitywnych typów słowem "Neandertal" okazuje się coraz mniej trafne. Okazuje się, że ludzie kopalni posiadali umiejętność wykonywania biżuterii, a tym samym, że posiadali umiejętność myślenia abstrakcyjnego i symbolicznego postrzegania świata. Wzmiankowana biżuteria składała się z poddanych obróbce (wypolerowanych i lekko naciętych) szponów orła, prawdopodobnie tworzących rodzaj bransoletki lub naszyjnika. Dotychczas uważano, że ludzie neandertalscy nie znali pojęcia symbolu, zaś ewentualne ozdoby tworzyli na zasadzie naśladownictwa przedstawicieli homo sapiens. Tymczasem znalezisko z Krapiny udowadnia, że po raz kolejny powinniśmy zweryfikować hipotezy o zacofaniu i prymitywizmie neandertalczyków. Jastrzębia biżuteria powstała bowiem 80 tysięcy lat przed pojawianiem się pierwszych ludzi współczesnych w Europie. 

A krwawnik i rumianek w bardzo atrakcyjnych cenach zamówisz w naszym sklepie internetowym :-) 

środa, 30 września 2015

Druga natura człowieka

Lenistwo - jeden z grzechów
głównych - H. Bosch

"Żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce" - większość z nas pewnie po cichu powtarza sobie te słowa wielokrotnie w ciągu dnia, biorąc się za wykonywanie kolejnej przykrej, uciążliwej, acz niezbędnej czynności. Choć powiedzenie należy do tzw. mądrości ludowych, doskonale pamiętam, jak jeszcze moja ś.p. babcia oburzała się na takie opinie, wypowiadane choćby żartem. Twierdziła, że tak mówią wyłącznie lenie, a lenistwo nie przystoi ludziom pragnącym uchodzić za inteligentnych. Tymczasem ostatnio opublikowane badania naukowców kanadyjskich (wiem, że zza oceanu, ale podpisujących się pod swoją pracą imieniem i nazwiskiem, więc zakładam, że całkiem wiarygodnych) wskazują, że lenistwo z inteligencją ma całkiem sporo wspólnego, a zakorzenione jest w ludzkiej naturze tak głęboko, że stanowić może jeden z wyróżników naszego gatunku. Co więcej - określenie "zakorzenione" może być rozumiane wręcz dosłownie, bowiem lenistwo wynika z naszych… genów. Słowem: po prostu rodzimy się leniwi, a dziś jesteśmy tym, kim jesteśmy, dzięki wrodzonemu lenistwu właśnie.

Jak to możliwe? Przecież wszystko, co dotychczas osiągnął rodzaj ludzki, zawdzięczamy ciężkiej pracy naszych przodków, latom wyrzeczeń i hektolitrom potu przelanych podczas pełnej znoju pracy, a nie leniuchom spędzającym czas na bezczynnym siedzeniu w cieniu oliwnego gaju i gapieniu się w przesuwające się po niebie obłoki. Owszem - to prawda, ale jak dowiedli właśnie badacze z Toronto, każdy wysiłek, jaki podejmuje człowiek, podporządkowany jest jednej, jedynej zasadzie: minimalizacji zużycia energii. Obojętnie, czy aktywność fizyczna jest wymuszona niejako okolicznościami zewnętrznymi (biegniemy do autobusu, który właśnie podjechał na przystanek, bo nie chcemy czekać na następny), czy intencjonalna i zamierzona (np. uprawiamy jogging, żeby zrzucić kilka zbędnych kilogramów), nasz mózg podświadomie tak kieruje ciałem, żeby zmęczyć się jak najmniej, a przy okazji zaoszczędzić tyle energii, ile tylko się da. Czyli coś zrobić, ale tak, żeby się nie narobić :-)

Badaniu poddano grupę ochotników, których ubrano w specjalny ergo szkielet i poproszono o krótki spacer po bieżni. System czujników zamontowanych w szkielecie badał w tym czasie charakterystyczne cechy naturalnego sposobu poruszania się każdego z nich. Następnie komputer, za pomocą sygnałów wysyłanych do ergo szkieletu, zaczynał w losowy sposób utrudniać poruszanie się uczestników badania (np. ograniczając stopień zginania kolan lub spowalniając prostowanie nogi), po czym monitorowano odpowiedź organizmu na nowe warunki oraz sposób adaptacji ciała do nowych, zaistniałych okoliczności. Wyniki były zaskakujące: okazało się że nawet tak prosta i wypracowana od najmłodszych lat życia czynność jak chodzenie podlega stałej analizie przez mózg, który w ciągu maksymalnie kilku minut od pojawienia się zmiany opracowuje taki schemat sekwencji ruchów, by zacząć oszczędzać energię. Co więcej - mechanizm ten działał nawet w sytuacji, gdy relatywne oszczędności były minimalne i nie przekraczały… 5% wydatkowanej mocy.

Ludzie lubią sobie ułatwiać życie i nie oszukujmy się - każdy woli podróżować tramwajem zajmując miejsce siedzące niż stojące, każda pani domu przemieszcza się między pokojami a kuchnią najkrótszą możliwą drogą, nawet jadąc samochodem wybieramy skróty (nie zawsze uzasadnione przez korki). I gdzie się da, idziemy na łatwiznę. Nie jest to jednak efektem zaradności, lecz właśnie lenistwa. Tfu, przepraszam, nie lenistwa, lecz wrodzonej skłonności do minimalizacji wydatkowanej energii. Badania prowadzone w Kanadzie ujawniły, że mechanizm ten działa stale, jest podświadomy i dotyczy nawet "najprostszych" czynności ruchowych, podejmowanych według schematów wypracowanych w dzieciństwie. Przy czym słowo "najprostszy" celowo umieszczam w cudzysłowie, bowiem, mimo że z punktu widzenia człowieka chodzenie hipotetycznie nie jest niczym skomplikowanym, to z perspektywy fizjologii wymaga koordynacji kilkuset różnych elementów ciała, począwszy od działania mięśni nóg, na kącie nachylenia tułowia i regulacji oddechu kończąc. I to właśnie zdziwiło naukowców: ludzki organizm potrzebował bardzo krótkiego czasu, by dokonać wszechstronnych analiz i wybrać optymalny model realizacji poszczególnych ruchów składowych każdego kroku, gwarantujący maksymalną oszczędność energii. Dalsze eksperymenty będą koncentrować się właśnie na wyjaśnieniu tajemnicy tak daleko posuniętej precyzji całego mechanizmu oraz szybkości jego działania.

Lenistwo - dziś jeden z głównych
powodów otyłości u białych
Minęłabym się jednak z prawdą twierdząc, że naukowcy nie zdawali sobie sprawy z istnienia skłonności do minimalizowania wysiłku. Wręcz przeciwnie - to powszechnie znana cecha przedstawicieli rodzaju ludzkiego, wykształcona kilkaset tysięcy lat temu w celach obronnych. Naszym przodkom umożliwiła przetrwanie: optymalizowała wydatki cennej energii w sytuacji stałego niedoboru jej źródeł. Gdy ludzie trudnili się głównie zbieractwem i polowaniami, pozwalała oszczędzić tyle mocy, by umożliwić pogoń za zwierzyną, a jednocześnie uchronić przed śmiercią z głodu w przypadku dłuższych okresów postu. Jednak to, co zapewniło nam przetrwanie, dziś paradoksalnie staje się przyczyną rozwoju jednej z tzw. chorób cywilizacyjnych, czyli otyłości. Będąc genetycznie zaprogramowani na lenistwo wykazujemy tendencję do gromadzenia tłuszczyku i niechęć do podejmowania wysiłku fizycznego. Dlatego tak wiele kosztuje nas przełamanie się i podjęcie jakichkolwiek ćwiczeń, a zapał do wyciskania potu bardzo szybko znika i tylko nieliczne, najbardziej zdeterminowane jednostki zdolne są do regularnych treningów. Co więcej - jak wykazali właśnie kanadyjscy naukowcy, nawet jeśli uda nam się dokonać czegoś więcej niż kiwnięcie palcem, to i tak nasz mózg podświadomie posteruje ciałem w taki sposób, by spalanie kalorii było jak najmniejsze. Jeśli zatem, mimo męczenia się na zajęciach aerobiku, waga spada zbyt wolno, zawdzięczamy to naszym przodkom i odziedziczonym po nich genom. Zamiast jednak wkurzać się na swój metabolizm, warto podejść do sprawy pozytywnie: takie zjawisko świadczy o jak najbardziej prawidłowym działaniu naszego systemu nerwowego..

Opisane wyżej kanadyjskie badania pozwoliły wyjaśnić jeszcze jedną kwestię dotyczącą sposobu zachowania ludzkiego ciała, obserwowanego dotychczas przede wszystkim u sportowców uprawiających biegi długodystansowe i inne dyscypliny wymagające długotrwałego wysiłku. Już na podstawie zwykłych nagrań video można było dostrzec wyraźne różnice między sposobem poruszania się (np. stawiania kroków) na pierwszych kilometrach maratonu i po pokonaniu kolejnych 10 kilometrów. Zmieniały się m.in. takie parametry jak wysokość unoszenia kolan, stopień ugięcia stopy w kostce czy stan napięcia mięśni ud i łydek, mimo braku przesłanek ze strony czynników zewnętrznych, np. nachylenia trasy biegu. Teraz już wiadomo, że przyczyną zjawiska była stopniowa adaptacja ciała do minimalizacji wydatkowania energii. Mózg w taki sposób steruje aparatem ruchu, by mięśnie wykonywały możliwie najmniejszą możliwą pracę zużywając najmniejsze możliwe porcje energii, gwarantując jednocześnie utrzymanie tempa czy częstotliwości stawianych kroków. Nadwyżki oszczędzonej w ten sposób mocy pozwalały czy to pokonać większą odległość, czy szybciej zregenerować siły po wysiłku.

Nasi przodkowie musieli być
nie tyle super silni,
co bardzo wytrzymali
Okazuje się, że ludzkie ciało genetycznie nastawione jest na wytrzymałość, a nie na szybkie wydatkowanie siły. Ewolucja wyposażyła nas we wrodzoną skłonność do lenistwa stanowiącą część bardziej skomplikowanego mechanizmu predysponującego rodzaj ludzki do długotrwałego wysiłku przy niższych obciążeniach. To właśnie różni nas od zwierząt - potrafimy podjąć długą, wyczerpującą aktywność w sytuacji niedoboru pożywienia, bez większej szkody dla ciała. Musieliśmy jednak zapłacić za to szczególną cenę: natura pozbawiła nas umiejętności błyskawicznego, impulsywnego działania z bardzo dużą siłą, co cechuje przykładowo większość drapieżników. Po prostu w sytuacji, gdy nasi przodkowie zmuszeni byli do przemierzania wielkich odległości w celu znalezienia produktów zdatnych do spożycia, czy podejmowania wyczerpujących pogoni za zwierzyną, zdolność do wybuchowego generowania znacznej siły mięśniowej okazała się kompletnie nieprzydatna z ewolucyjnego punktu widzenia. I dlatego natura zmutowała nam pewien gen odpowiedzialny za kurczliwość włókien mięśniowych.

Mowa tu o genie ACTN3, który w żywych organizmach występuje w dwóch wersjach (allelach) i odpowiada za wydzielanie białka o nazwie alfa aktynina 3. Proteina ta kontroluje sposób działania włókien mięśniowych - im jest jej więcej, tym mięśnie kurczą się szybciej, a tym samym zużywają więcej energii. Jak twierdzą naukowcy, około 50-60 tysięcy lat temu gen ACTN3 (w swej pierwotnej postaci RR) u ludzi zaczął mutować, dezaktywując wydzielanie alfa aktyniny 3. Zbiegło się to w czasie z wielką migracją naszego gatunku z kontynentu afrykańskiego do Europy i Azji. Kurczliwość ludzkich mięśni została ograniczona w zamian za zmniejszenie ilości zużywanej energii. Początkowo mutowała tylko jedna wersja genu (do postaci RX), następnie obie (do XX). I tak oto staliśmy się jedynym istniejącym na Ziemi gatunkiem, któremu udało się przeżyć z mutacją obu aleli ACTN3. Nauce nie jest znany ani jeden przedstawiciel królestwa zwierząt, który w stanie wolnym przetrwałby przy upośledzonym wydzielaniu alfa aktyniny 3. Takie osobniki giną, ponieważ są zbyt wolne, by zdobyć pożywienie (polować) lub uciec przed zagrożeniem.

Bieganie to coraz popularniejsza
dyscyplina sportu w Europie
Jak twierdzą specjaliści z dziedziny genetyki i ludzkiej fizjologii, bez mutacji ACTN3 ludziom prawdopodobnie nie udałoby się zasiedlić innych kontynentów. Osoby, u których obie wersje genu należą do zmutowanych (XX), wykazują daleko wyższą tolerancję na zimno i wysiłek niż pozostałe i to właśnie one zdołały przystosować się do życia w warunkach chłodniejszego klimatu oraz w środowisku wymagającym przemieszczania się na znaczne odległości. Jak pokazują badania, współcześnie około 20% Europejczyków rasy kaukaskiej posiada mutację XX, a wśród Azjatów odsetek ten jest jeszcze wyższy. Cechują się oni tzw. "wolnymi" mięśniami, zużywającymi minimalne ilości energii. Tymczasem analizy genetyczne prowadzone wśród rdzennych mieszkańców Afryki ujawniły, że "wolny" genotyp wśród populacji Czarnego Lądu praktycznie nie występuje. Co więcej - mutacji pozbawieni są również ich potomkowie rozsiani po całym świecie, np. mieszkańcy Jamajki czy Afroamerykanie. Osoby pozbawione choćby tylko jednej mutacji genu ACTN3 cechują się "szybkimi" mięśniami i wyraźnym przystosowaniem do krótkiego, lecz bardzo intensywnego wysiłku.

Wszystkie te odkrycia znajdują wyraźne potwierdzenie w praktyce. Jak pokazały badania prowadzone przez australijskich badaczy w 2003 r. na grupie wybranych lekkoatletów, 95% najlepszych sprinterów świata posiadało gen ACTN3 w wersji RX, a u 50% z nich dominowała wersja RR, czyli wydzielająca alfa aktyninę 3 i warunkująca zdolność do ekstremalnego wysiłku w krótkim czasie. Z kolei wśród długodystansowców  najlepsze wyniki osiągały osoby z mutacją XX. I choć genetycy początkowo sprzeciwiali się szufladkowaniu sportowców ze względu na odziedziczoną przez nich wersję genu ACTN3, dzisiaj już otwarcie na lamach prasy przyznają, że osobnik XX raczej nie ma szans w rywalizacji z Usainem Boltem, a nawet więcej - generalnie w biegu na 100 m posiada obiektywnie nikłe szanse na osiągnięcie wyniku poniżej 10 sekund. Ale gdyby rywalizacja dotyczyła podążania śladem rannego jelenia, to pierwsze dziesięć kilometrów potraktowałby jako rozgrzewkę, podczas gdy osoba z mutacją RR wymagałaby już reanimacji :-)

A przykład daje nam sympatyczny
...
LENIWIEC
No dobrze, ale co to wszystko ma wspólnego z naszym lenistwem? Otóż jeśli:
- strasznie nic nam się nie chce - mamy idealną wymówkę. To nie jest wina naszego słabego charakteru, tylko wrodzonych predyspozycji genetycznych;
- już naprawdę musimy podjąć jakiś wysiłek fizyczny - pamiętajmy, że nasz mózg zadba, żebyśmy zrobili to w najbardziej efektywny i najmniej forsujący sposób
- balansujemy na skraju depresji, bo wskazówka wagi stoi w miejscu, podczas gdy kolejny raz wyciskamy z siebie siódme poty - zachowajmy spokój, gdyż właśnie walczymy z mechanizmem biologicznym doskonalonym nieprzerwanie od ponad 60 tysięcy lat. A że natura stworzyła nas szczególnie wytrzymałymi, rozczarowanie również powinno nam się udać jakoś przeżyć…