poniedziałek, 29 czerwca 2020

Zastosowanie tymianku w ziołolecznictwie

Suszony tymianek, zwany również macierzanką tymiankiem, to niezwykle aromatyczna i powszechnie stosowana na świecie przyprawa ziołowa. Pozostaje jednym z symboli kuchni śródziemnomorskiej, w szczególności francuskiej. Nadaje potrawom intensywny, korzenny aromat i  delikatnie pikantny smak, a swoje wyjątkowe cechy zawdzięcza zawartości unikalnego olejku eterycznego - tymolu. Tymianek znalazł również zastosowanie w tradycyjnej medycynie ludowej Zachodu. Nazwa rośliny, w języku greckim oznaczająca "do odkażania", bezpośrednio wskazuje na jego podstawowe właściwości.


Tymianek - naturalny antybiotyk

Ziele tymianku
Antybakteryjne i przeciwwirusowe działanie olejku eterycznego wchodzącego w skład tymianku w przeszłości wykorzystywano do przemywania trudno gojących się ran, skaleczeń i ubytków skórnych, również odleżyn i oparzeń, aby uniknąć ich zakażeniu i przyspieszyć procesy gojenia. Wyciągi na bazie tymianku stosowano również do konserwacji żywności, w tym napojów alkoholowych. Tymianek przedłużał przydatność do spożycia wina i piwa, a w przypadku mięs – zapobiegał inicjacji procesów gnilnych i zagłuszał ewentualnie pojawiający się przykry aromat. Prowadzone badania potwierdziły skuteczność wyciągów z tymianku w zwalczaniu bakterii, wirusów i grzybów, w szczególności powodujących zatrucia pokarmowe, biegunki i nieżyty żołądka i jelit.

Tymianek na kaszel

Medycyna starożytnej Grecji zalecała przyjmowanie wodnych wyciągów z tymianku w przypadku przeziębień i infekcji górnych dróg oddechowych. Współcześnie prowadzone badania potwierdziły, że substancje wchodzące w skład rośliny, w szczególności tymol, posiadają właściwości wykrztuśne i przeciwkaszlowe. Tymianek rozszerza oskrzela, pobudza ruch rzęsek nabłonka górnych dróg oddechowych, ułatwia oddychanie i poprawia stopień dotlenienia organizmu. Zmniejsza ryzyko pojawienia się wycieńczających napadów kaszlu u osób cierpiących na astmę, rozedmę płuc czy gruźlicę. Jednocześnie fenole i flawonoidy obecne w tymianku działają rozkurczowo na mięśnie gładkie dróg oddechowych chroniąc je przed podrażnieniami mechanicznymi powodowanymi przez kaszel. Tymianek jest składnikiem wielu popularnych leków na kaszel i chrypę, tabletek na ból gardła, syropów i kropli do inhalacji zalecanych przy przeziębieniach.  

Tymianek na pasożyty i trawienie

Tymol obecny w zielu tymianku posiada właściwości silnie antyrobacze. W przeszłości stężone wyciągi wodne z tymianku zalecano w zwalczaniu pasożytów wewnętrznych (tęgoryjca, glisty ludzkiej, tasiemca, owsików i nicieni) oraz w łagodzeniu objawów chorób odpasożytniczych.  Tymol i karwakrol  działają rozluźniająco na mięśnie gładkie przewodu pokarmowego, zapobiegają bolesnym skurczom żołądka i jelit oraz stymulują produkcję żółci regulując procesy trawienia. 

Tymianek na koncentrację

Olejek tymiankowy i skoncentrowane wyciągi wodne z tymianku działają aromaterapeutycznie wywierając wpływ na samopoczucie psychiczne. W niewielkich ilościach działają uspokajająco, obniżają napięcie mięśniowe i łagodzą objawy stresu, natomiast w wyższych stężeniach sprzyjają koncentracji i skupieniu uwagi. Zastosowane do masażu skroni łagodzą bóle głowy spowodowane przemęczeniem, brakiem snu i zdenerwowaniem, zaś w formie kompresu stosowanego na kark, szyję lub ramiona – wywołują uczucie rozluźnienia i ukojenia. W formie regularnych inhalacji zalecany jest do łagodzenia stanów lękowych i depresji.  


Tymianek na łysienie i trądzik

Antyseptyczne właściwości tymianku okazują się pomocne w leczeniu trądziku i chorób skórnych objawiających się wysypką, wypryskami, ropnymi krostkami i wysiękami. Wodne wyciągi z tymianku stosowane do przemywania ciała łagodzą podrażnienia skóry i zmniejszają prawdopodobieństwo pojawienia się nowych ognisk zapalnych, jak również zapobiegają ewentualnym zakażeniom. Ograniczają nadmierną potliwość, a wcierane w skórę głowy zmniejszają skłonność do łupieżu i przetłuszczania włosów. Pobudzają również wzrost włosów i poprawiają ich kondycję, a przy regularnym i konsekwentnym stosowaniu – ograniczają łysienie.  

Przeciwwskazania do stosowania goździków

Wyciągów z tymianku nie powinny spożywać kobiety w ciąży, karmiące piersią oraz dzieci poniżej 6 roku życia. Przeciwwskazaniem do stosowania tymianku jest epilepsja i nadciśnienie. Spożycie przyprawy zaleca się ograniczyć również kobietom planującym ciążę, ponieważ nadmiar tymolu wprowadzonego do organizmu może powodować skurcze macicy i wzrost ciśnienia krwi uniemożliwiając pomyślne zagnieżdżenie zarodka.

Interakcje - działania niepożądane - skutki uboczne przy stosowaniu goździków

Podczas stosowania mogą wystąpić reakcje alergiczne, w tym odczyny skórne (np. wysypka), obrzęk twarzy, jamy ustnej, przełyku, duszności, szok anafilaktyczny oraz objawy ze strony przewodu pokarmowego (ból brzucha, nudności, wymioty). W przypadku wystąpienia niepokojących objawów należy niezwłocznie przerwać stosowanie tymianku i skontaktować się z lekarzem. 


DAWKOWANIE I PRZYKŁADOWE SPOSOBY UŻYCIA GOŹDZIKÓW W ZIOŁOLECZNICTWIE


Napar z tymianku

1 łyżeczkę tymianu zalać 200 ml wrzącej wody. Odstawić pod przykryciem do zaparzenia na około 10-15 minut. Odcedzić, schłodzić i pić 3 razy dziennie w podziale na mniejsze porcje jako środek regulujący trawienie (przed jedzeniem) lub wykrztuśny(po jedzeniu). Nie przekraczać zalecanych dawek. Po schłodzeniu można wykorzystać jako płukankę do gardła oraz do przemywania ciała.

Intakt z tymianku

100 g świeżego ziela tymianku zalać 300 g gorącego alkoholu o stężeniu 40-60%. Naczynie szczelnie zamknąć i odstawić do naciągnięcia na co najmniej 14 dni (najlepiej na 3 tygodnie). Po upływie tego czasu przefiltrować i zlać do butelki. Spożywać 2-3 razy dziennie po 1 łyżeczce.

Ziołomiód tymiankowy

100 g intaktu lub nalewki z ziela tymianku wymieszać z 300 g naturalnego miodu pszczelego. Odstawić na 7 dni. Spożywać po 1 łyżeczce co kilka godzin jako środek wykrztuśny i przeciwkaszlowy, na chrypkę i przeziębienie.

Przeciwbólowa kąpiel z tymianku

300 g ziela tymianku zalać 2 litrami wrzącej wody, następnie podgrzewać przez chwilę aż do wrzenia (nie gotować). Odstawić pod przykryciem na 10-15 minut, odcedzić i dolać do wanny wypełnionej ciepłej wodą.  Tymianek działa przeciwbólowo i odkażająco, zalecany jest w przypadku infekcji skórnych. Czas kąpieli nie powinien przekroczyć 10 minut.


MIESZANKI ZIOŁOWE LECZNICZE Z TYMIANKIEM


Ziołowa mieszanka z tymiankiem na kaszel 

50 g ziela tymianku wymieszać z 50 g korzenia biedrzeńca i 50 g ziela szanty. 1 łyżkę gotowej mieszanki zalać 250 ml wrzącej wody. Odstawić pod przykryciem na 15 minut do zaparzenia, po czym odcedzić. Pić po 10-20 ml co 1-2 godziny. Przestudzony napar można posłodzić miodem naturalnym, jak również dodać sok z kwiatów czarnego bzu lub malinowy.

Napar tymiankowy na lamblię

50 g ziela tymianku wymieszać z 50 g kłącza tataraku, 50 g korzenia omanu, 25 g liści orzecha włoskiego, 25 g liści mięty pieprzowej i 10 g ziela bylicy piołunu. 1 łyżeczkę mieszanki zalać 200 ml wrzącej wody, po czym odstawić pod przykryciem do zaparzenia na 15 minut. Pić 3 razy dziennie po pół szklanki między posiłkami.


Pyszny, kusząco pachnący, świeży i pozbawiony pyłu suszony tymianek dostępny jest w stałej ofercie w sklepie on-line Aromatiki. Tymianek z Aromatiki posiada atesty laboratoryjne i może być wykorzystany do celów domowego ziołolecznictwa.


niedziela, 28 czerwca 2020

Gałka muszkatołowa - jak wpływa na zdrowie?

Gałka muszkatołowa od wieków zaliczana jest do najdroższych przypraw świata. Niepozorna pestka z wiecznie zielonego, tropikalnego drzewa kryje bogactwo niezwykle aromatycznych olejków eterycznych, które używane w odpowiednich proporcjach nadają potrawom niepowtarzalnego smaku, podczas gdy spożywane w nadmiarze – działają toksycznie i mogą prowadzić do rozwoju chorób onkologicznych.


Owoc muszkatołowca korzennego przez wiele tysiącleci znany był wyłącznie mieszkańcom tropikalnych lasów porastających wyspy Archipelagu Malajskiego, podczas gdy do Europy docierał bardzo rzadko, wyłącznie wraz z karawanami arabskich kupców, którzy ściśle strzegli tajemnicy regionu jego pochodzenia. Stąd niewielka dostępność piśmiennictwa zachodniego dotyczącego leczniczych właściwości przyprawy. Co prawda wzmianki o gałce muszkatołowej pojawiały się w doniesieniach m.in. św. Hildegardy oraz w poradnikach Paracelsusa, jednak miały one charakter mocno ogólnikowy i sprowadzały się do ostrożnych porad z zakresu ziołolecznictwa udzielanych na zasadzie, że co nie zaszkodzi, to może pomoże. Dlatego głównym źródłem informacji związanych z jej prozdrowotnym działaniem przez stulecia pozostawała ajurweda i dopiero współcześnie właściwości gałki muszkatołowej wzbudziły zainteresowanie ośrodków naukowych w krajach zachodnich, które pod lupę wzięły badania własności obecnych w przyprawie poszczególnych substancji czynnych.

Gałka muszkatołowa - na wzdęcia i rozkurcz mięśni

Dziś już wiemy, że gałka muszkatołowa, podobnie jak inne przyprawy korzenne, działa silnie rozkurczowo na mięśnie gładkie, z których zbudowane są narządy układu pokarmowego. Tym samym wyciągi i preparaty z przyprawy mogą być przydatne w łagodzeniu skutków biegunki, nieżytu żołądka i jelit, wzdęć i kolek brzusznych. Regulują trawienie, przyspieszają wchłanianie treści pokarmowych przy jednoczesnym ograniczeniu łaknienia, co sprzyja osobom na diecie odchudzającej i pomaga w utrzymaniu reżimu jedzeniowego. Jednocześnie w nadmiernym stężeniu powodują mdłości lub wręcz wywołują efekt wymiotny. Rozkurczające właściwości gałki muszkatołowej okazują się również przydatne w zastosowaniu zewnętrznym wyciągów olejowych z przyprawy – wmasowane w podbrzusze łagodzą bóle miesiączkowe, zaś w mięśnie i stawy – bóle reumatyczne. 

Gałka muszkatołowa na jasny umysł

Jak wykazały badania naukowe, składowe olejków eterycznych obecnych w gałce muszkatołowej hamują monoaminooksydazę, czyli działają jako tzw. inhibitory MAO. Monoaminooksydaza to enzym, który w ludzkim organizmie odpowiada za rozkład (usuwanie) wybranych neuroprzekaźników, np. dopaminy, serotoniny, adrenaliny, itp. odgrywających ważną rolę w prawidłowym funkcjonowaniu systemu nerwowego. Niedobry neuroprzekaźników prowadzą do zaburzeń wydzielania hormonów oraz rozwoju szeregu chorób neurodegeneracyjnych, np. choroby Parkinsona, choroby Alzheimera, jak również odpowiadają za występowanie stanów depresyjnych i nerwowych, dlatego bardzo ważnym jest, aby ich ilość we krwi była prawidłowa. Gałka muszkatołowa hamuje rozkład ww. neuroprzekaźników, a tym samym wspomaga leczenie takich schorzeń jak depresje, fobie, stany lękowe, przejściowe stany obniżenia nastroju psychicznego, etc. Włączenie niewielkich ilości przyprawy do codziennego jadłospisu pozwala poprawić zdolność koncentracji, zwiększa aktywność psychomotoryczną, poprawia nastrój i zmniejsza uczucie wyczerpania psychicznego oraz podwyższa jakość snu.

Gałka muszkatołowa - na reumatyzm  

Doktor Henryk Różański na stronie poświęconej roli muszkatołowca w fitoterapii pisze następująco: „Wyciągi alkoholowe, olejowe, eterowe i wodne z gałki muszkatołowej (…) hamują (…) cyklooksygenazę prostaglandynową. Brzmi tajemniczo i niezrozumiale, a tak naprawdę chodzi o mechanizm redukujący stany zapalne toczące się w organizmie. Jak wskazują badania naukowe, substancje czynne zawarte w gałce muszkatołowej oddziałują na zdrowie podobnie jak popularne niesteroidowe leki przeciwzapalne, np. ibuprofen czy diklofenak. Tym samym gałka muszkatołowa może być stosowana objawowo w zwalczaniu gorączki, bólów o różnym pochodzeniu, reumatoidalnego zapalenia stawów, zwyrodnienia stawów, dny moczanowej oraz wszelkiej maści przeziębień, grypy oraz innych chorób górnych dróg oddechowych. Ogranicza stany zapalne towarzyszące zakażeniom, zmniejsza ból i obrzęki towarzyszące urazom, zwichnięciom i innym kontuzjom kończyn, może być również wykorzystana do łagodzenia nerwobólów, bólów migrenowych i bólów miesiączkowych.

Gałka muszkatołowa - ziołowy narkotyk  

W wielu opracowaniach dostępnych w Internecie pojawia się także informacja, że gałka muszkatołowa w większych ilościach działa halucynogennie. Brzmi to wręcz jak otwarte zaproszenie do eksperymentów dla osób, które szukają nowych doznań psychicznych realizowanych „w celu rekreacyjnym”. Niestety rzeczywistość nie jest taka różowa, ponieważ w przypadku gałki muszkatołowej kluczowym zagadnieniem jest wspomniana już „większa ilość”. O ile szczypta tej smacznej przyprawy działa zbawiennie na organizm, to wyższe stężenia okazują się niebezpieczną trucizną. Szersze opracowanie dotyczące narkotycznych właściwości gałki muszkatołowej w najbliższym czasie zostanie udostępnione na naszym blogu w osobnym artykule dotyczącym toksycznych własności gałki muszkatołowej.


Jako przyprawa kulinarna, gałka muszkatołowa mielona wyróżnia się uniwersalnym charakterem i może być dodawana zarówno do potraw mięsnych, jak i ziołowych sosów czy... słodkich wypieków. W ziołolecznictwie zastosowanie znajduje w postaci nierozdrobnionej. Orzechy gałki muszkatołowej dostępne są w stałej sprzedaży w sklepie on-line Aromatiki.

sobota, 27 czerwca 2020

Tymianek - jak wpływa na zdrowie?

Tymianek ogrodowy – niepozorna krzewinka o drobniutkich listkach – jest jednym z najpotężniejszych naturalnych pogromców drobnoustrojów chorobotwórczych. Nazywana ziołowym antybiotykiem wydatnie wspomaga ludzki organizm w walce z większością znanych patogenów, w tym również z wirusami i niekorzystnie oddziałującymi na zdrowie grzybami.



Tymianek ogrodowy
Swoje lecznicze właściwości tymianek zawdzięcza obecności olejku eterycznego składającego się w znacznej przewadze z dwóch substancji: tymolu i karwakrolu. Tymol to bezbarwny krystaliczny związek fenolowy, a karwakrol, występujący w postaci płynnej, jest jego izomerem. Obie substancje, będące pochodnymi fenolu, wykazują bardzo silne działanie bakteriobójcze, przeciwwirusowe i antygrzybiczne, co potwierdziły prowadzone współcześnie badania naukowe.

Tymianek na kaszel i choroby płuc

Tymianek wykorzystywany jest przede wszystkim do leczenia zakażeń górnych i dolnych dróg oddechowych. Stymuluje produkcję śluzu w oskrzelach i zarazem ułatwia jego odkrztuszanie, dzięki czemu łagodzi kaszel i ogranicza odruch kaszlowy. Wyciągi (głównie olejowe) z tymianku to składniki leków i wyrobów medycznych takich jak tabletki przeciwkaszlowe, syropy, krople na kaszel oraz mieszanki do inhalacji. Zaleca się ich stosowanie do leczenia przewlekłych nieżytów gardła, krtani i oskrzeli, jak również suchego, uporczywego kaszlu i chrypki. Wyciągi na bazie tymianku polecane są nie tylko osobom przeziębionym, chorującym na grypę, anginę, zapalenie płuc czy gardła, lecz również cierpiącym na przewlekłe choroby płuc i związane z tym stałe lub przejściowe problemy z oddychaniem, m.in.  będące następstwem astmy, rozedmy czy POChP. 

Tymianek na niestrawność

Korzystny wpływ na zdrowie w przypadku tymianku nie ogranicza się wyłącznie do właściwości przeciwkaszlowych. Ziele tej przyprawy wykorzystywane jest również do leczenia zaburzeń trawienia i nieżytów układu pokarmowego, w szczególności żołądka i jelit. Zawarte w nim flawonoidy działają silnie rozkurczająco, dzięki czemu przeciwdziałają pojawianiu się wzdęć i bolesnych kolek spowodowanych niestrawnością. Tymol i karawkrol pobudzają wydzielanie soków trawiennych, w tym kwasu solnego w żołądku, żółci i enzymów produkowanych przez trzustkę i jelita, jak również pobudzają działanie kosmków jelitowych, co korzystnie wpływa na cały proces przyswajania treści pokarmowych przez organizm. Rozkurczające działanie tymianku stanowi jednak przeciwwskazanie do jego spożywania przez kobiety ciężarne, ponieważ może on osłabiać macicę, a przenikając przez łożysko – oddziaływać również na płód.

Tymianek na grzybicę i kandydozę  

Tymianek spożywany doustnie działa fungistatycznie, tzn. hamuje rozwój chorób powodowanych przez grzyby i pleśnie, także te najczęściej spotykane, powodowane przez gatunki Candida i Cryptococcus, bytujące w drogach oddechowych, jamie ustnej i przewodzie pokarmowym. Hamuje odkładanie się płytki nazębnej, przeciwdziała rozwojowi próchnicy zębów i stanów zapalnych dziąseł, które, jak udowodniła medycyna, mogą przekładać się na problemy kardiologiczne. Z kolei jako składnik płukanek do ust z dodatkiem szałwii i niewielkiej ilości alkoholu ogranicza procesy gnilne zachodzące w jamie ustnej i skutecznie odświeża oddech. Przeciwgrzybiczne działanie tymolu obecnego w zielu tymianku może być wykorzystane do leczenia grzybicy skóry i paznokci, szczególnie z równoczesnym użyciem aktywnych wyciągów z oregano i drzewa herbacianego.

Tymianek na pasożyty  

Tymol zawarty w zielu tymianku jest jedną z niewielu naturalnych substancji skutecznie zwalczających zakażenia pasożytami wewnętrznymi. Oddziałuje na płazińce, pierwotniaki i obleńce, w tym lamblię, owsiki, a nawet tęgoryjce. W celach terapeutycznych powinien być zażywany w postaci czystej w dawkach od 2 do 5 g dziennie, przy czym maksymalna doza jednorazowa to 1 g, a dobowa – 5 g. Ze względu na drażniące działanie wysokich stężeń tymolu mogą pojawić się działania niepożądane takie jak nudności, wymioty, odbijanie się, przebarwienia skóry lub przejściowy białkomocz, lecz mają one charakter przejściowy i nie powodują stanu zagrożenia życia. Według zaleceń medycyny ludowej, w przypadku kuracji przeciwpasożytniczych na bazie tymianku, w czasie leczenia należy powstrzymywać się od spożycia alkoholu i jedzenia dużych ilości tłuszczów.


Tymianek działa równie skutecznie w postaci świeżego zioła, jak i suszonego. Najwyższej jakości suszony tymianek dostępny jest w stałej sprzedaży w sklepie on-line Aromatiki. 


środa, 27 stycznia 2016

OEA - cudowny środek na... kaca?

Zbliża się koniec stycznia, powoli też kończymy z tematyką alkoholową. Oczywiście pozytywnym akcentem, w szczególności dla tych czytelników, których organizmy wykazywały skłonność do szczególnie silnego „odchorowywania” suto zakrapianych zabaw. Być może już niedługo, dzięki niedawnym odkryciom hiszpańskich naukowców, uda się opracować skuteczny środek na kaca. Bynajmniej oparty nie na magnezie, potasie i witaminie C, ale na związkach chemicznych blokujących toksyczne działanie alkoholu na poziomie molekularnym.


Alkohol jest toksyną.
Bardzo miłą toksyną.
Jak dowiodły wspominane przeze mnie w poprzednim wpisie analizy paleogenetyczne, człowiek spożywa alkohol nie od tysiącleci, lecz od milionów lat. Mimo tak szerokich doświadczeń ;-) oraz mimo kolejnych osiągnięć nauki, do dzisiaj nie znamy wszystkich konsekwencji nadmiernej konsumpcji procentów. Między innymi wciąż niejasne pozostaje, jakie konkretnie szkody czyni w naszym mózgu szybkie i niepohamowane picie alkoholu, dokładnie takie, jakie ma miejsce podczas wypadu do baru czy hucznego świętowania czyjegoś wesela. Nieco światła na to zagadnienie udało się ostatnio rzucić badaczom z uniwersytetu w Madrycie, którzy prześledzili zmiany zachodzące w falach mózgowych podczas picia i ujawnić istnienie związku chroniącego wrażliwe neurony przed szkodami powodowanymi przez alkohol. W tym również efektami ubocznymi nadmiernej konsumpcji, czyli kacem.

Wszystko zaczęło się w połowie ubiegłej dekady, gdy odkryto związek o nazwie oleoiltanolamida (w skrócie OEA) wydzielany w ściankach jelita cienkiego pod wpływem działania tłuszczów (a konkretnie: kwasu oleinowego, obecnego w takich produktach jak oliwa z oliwek, awokado czy orzechy). Hormon ten odpowiedzialny jest za regulację apetytu - przekazuje do mózgu komunikat o sytości. Wspomniane odkrycie otworzyło nowe możliwości opracowania leków odchudzających, które działałyby na zasadzie podwyższania poziomu OEA w organizmie, co tłumiłoby uczucie głodu. Dalsze badania związku ujawniły, że może okazać się pomocny w leczeniu niektórych uzależnień, między innymi alkoholizmu. Co więcej, okazuje się, że OEA wykazuje właściwości osłaniające komórki systemu nerwowego przed uszkodzeniem powodowanym przez toksyny.

Pierwsze próby prowadzono oczywiście na szczurach. W warunkach laboratoryjnych odwzorowano mechanizm spożycia alkoholu typowy dla ludzi podczas wieczornej imprezy. Szczurom podano etanol w ilości odpowiadającej pięciu standardowym jednostkom przyjętym w ciągu trzech godzin (równowartość pięciu kieliszków wódki spożytych przez osobę dorosłą w ciągu 180 minut). Z chwilą uruchomienia procesów trawiennych nastąpił paraliż systemu immunologicznego, skutkujący wystąpieniem stanu zapalnego w mózgu. Pod wpływem działania toksyn neurony ulegały uszkodzeniu, a nawet śmierci, jednocześnie wysyłając sygnały dodatkowo pogarszające stan zapalny. Okazało się, że obecność OEA działa osłaniająco na komórki nerwowe, chroniąc je w szczególności przed negatywnym działaniem alkoholu. U szczurów, którym podano koktajl sporządzony z etanolu i cząsteczek oleoiltanolamidy, procesy zapalne okazały się znacznie zredukowane, a liczba trwale uszkodzonych neuronów - minimalna. Ich ogólna kondycja również sprawiała wrażenie daleko lepszej niż w przypadku zwierząt, którym podawano czysty alkohol.

Czy już niedługo słowo "kac"
będzie tylko wspomnieniem?
Odkrycie to zostało później potwierdzone w badaniach prowadzonych na ludziach (w eksperymencie wzięło udział 50 studentów Uniwersytetu w Madrycie), a wyniki okazały się tak obiecujące, że zaprezentowano je na międzynarodowych sympozjach naukowych dotyczących leczenia i profilaktyki uzależnień. Uznano, że na bazie OEA uda się stworzyć lek wspomagający terapię alkoholików, który będzie jednocześnie posiadał właściwości chroniące osoby spożywające wysokoprocentowe trunki przed skutkami ubocznymi nadmiernej konsumpcji.

Zdaniem lekarzy specjalizujących się w leczeniu nałogów, odkrycie szczególnych właściwości OEA pozwoliło wyjść poza dotychczasowy schemat postrzegania procesu uzależnienia. Okazało się bowiem, że reakcje organizmu nie sprowadzają się wyłącznie do aktywności mózgu i jego kontroli nad działaniem ciała. Wręcz przeciwnie, jego prawidłowe funkcjonowanie uzależnione jest od innych narządów wewnętrznych. W tym przypadku od jelita cienkiego, które pod wpływem obecności alkoholu produkuje OEA wysyłając do mózgu informację „jesteś syty, przestań pić”. To jak prośba, by organ naczelny zignorował przyjemny efekt konsumpcji napojów wyskokowych, a tym samym uchronił się przed degeneracją. Oleoiltanolamida okazuje się być naturalnym czynnikiem chroniącym komórki ciała przed toksynami przyjmowanymi doustnie. Naukowcy przypuszczają, że w przypadku osób uzależnionych od alkoholu proces wydzielania OEA pozostaje zaburzony lub całkowicie nieaktywny. Stąd regularne „zalewanie się w trupa”. Jednocześnie zawiązek ten pozostaje w pełni bezpieczny, dlatego potencjalną pigułkę na kaca raczej trudno będzie przedawkować :-)



Ps. Każdy, kto próbował alkoholu doskonale wie, że nawet niewielkie dawki potrafią działać nasennie. Z tego powodu niektórzy lubią sobie „strzelić lufkę” tuż przed pójściem do łóżka twierdząc, że pomaga im to zasnąć. Jak ujawniły badania prowadzone w Melbourne w Australii (ich wyniki opublikowano w magazynie Alcoholism: Clinical & Experimental Research), faktycznie - zasnąć jest łatwiej, ale ten sen nie ma wiele wspólnego z prawdziwym odpoczynkiem.

Wysoka jakość snu
nie ma nic wspólnego z alkoholem
Autorzy opracowania przeprowadzili prosty eksperyment. Wytypowanej grupie młodych osób w wieku 18-21 lat podano przed snem alkohol, a następnie, podczas snu, przeprowadzono badania elektroencefalograficzne poziomu bioaktywności ich mózgów. Ilość alkoholu była potężna (przynajmniej jak na Australijczyków), bowiem wynosiła 0,5 litra wódki. Zarejestrowany sygnał EEG początkowo wskazywał zwiększony potencjał fal delta, typowych dla fazy snu oznaczającej głęboki wypoczynek, niezbędnej dla prawidłowej regeneracji organizmu. Później jednak do fal delta dołączyły liczne fale alfa, które najczęściej pojawiają się u osób zrelaksowanych, lecz pozostających w stanie czuwania. Zaś w przypadku śpiących - utożsamianych z objawem poważnych zaburzeń snu.

Zjawisko to, określone w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku jako sen alfa-delta, wydatnie zmniejsza skuteczność nocnego odpoczynku. Taki obraz fal mózgowych jest typowy dla osób cierpiących na zaburzenia snu, w tym bezsenność, objawiające się m.in. zmęczeniem odczuwanym tuż po przebudzeniu, bólami mięśni i złym humorem. Fale alfa-delta obserwowano również u chorych cierpiących na chroniczne bóle ciała. To tłumaczy, dlaczego wśród następstw nadużycia alkoholu znajdują się między innymi osłabienie i znużenie, dolegliwości mięśniowe oraz parszywy nastrój dzień „po”. O ile jednorazowe, okazjonalne przepicie grozi co najwyżej kilkunastogodzinnym, fatalnym samopoczuciem, to nagminne spożywanie alkoholu przed snem może zdecydowanie zaburzyć prawidłowe funkcjonowanie całego ustroju, wpływając negatywnie na funkcje neuropoznawcze takie jak nauka czy pamięć. 

czwartek, 21 stycznia 2016

Alkohol: jak nie we krwi, to w genach

Ile razy w życiu budziłeś się rano z przerażającym bólem głowy, językiem przyschniętym do podniebienia i ogólnym trampkiem w gębie, męczony przez uporczywe zawroty głowy i skręcający się od mdłości żołądek, by solennie przyrzekać sobie w myślach, że to był ostatni raz i już nigdy więcej nie wypijesz tyle, co poprzedniego wieczoru? Ile razy ta obietnica „nigdy więcej” zamieniała się w „ale mniej też nie”, po czym schemat cierpień się powtarzał? Okazuje się, że rezygnacja ze spożycia alkoholu tylko z pozoru wydaje się prosta, a upodobanie do spożycia sfermentowanych produktów mamy wpisane w genach. I to dosłownie: prowadzone współcześnie badania dowodzą, że gen umożliwiający skuteczne metabolizowanie etanolu aktywował się u naszych pierwotnych przodków - hominidów około… 10 milionów lat temu!


Nie zawsze potrafimy
zachować umiar
Paleogenetyka jest stosunkowo nową gałęzią nauki, powstałą dzięki ostatnim osiągnięciom naukowym i technicznym. Skupia się na analizie genetycznej próbek materii organicznej pobranej ze szczątków kopalnych w celu dokładniejszego wyjaśnienia poszczególnych etapów ewolucji organizmów żywych, a w szczególności człowieka. Przynosi odpowiedzi na wiele pytań nurtujących badaczy i historyków, wyjaśnia zagadki i potwierdza (lub podważa) teorie naukowe dotyczące przeszłości. Pozwoliła m.in. ustalić skład diety człowieka neandertalskiego (i obalić tym samym mit o jego wyłącznej mięsożerności) czy wyjaśnić kierunek ekspansji naszego gatunku po opuszczeniu Afryki. Zdarza się też, że prowadzone analizy całkowicie zmieniają poglądy naukowców na sprawy, które, wydawałoby się, zostały już gruntownie i solidnie zweryfikowane i uznane za pewnik.

Tak stało się na przykład z kwestią spożycia alkoholu przez rodzaj ludzki. Dotychczas obowiązujący pogląd skłaniał się ku twierdzeniu, że ludzie zaczęli konsumować etanol około 9 tysięcy lat temu, w momencie porzucenia nomadzkiego trybu życia na rzecz zakładania stałych osiedli i stopniowego rozwoju rolnictwa. Niejako w naturalny sposób, zyskując pierwsze doświadczenia związane z magazynowaniem i przechowywaniem zbóż i owoców, ludzie neolityczni odkryli proces fermentacji i jego naturalny produkt, czyli alkohol. Jednocześnie uznano, że wcześniej etanol nie był znany rasie ludzkiej, w związku z czym nasze organizmy nie były przystosowane do jego trawienia. I właśnie rozdźwięk między szybkim i skutecznym poznaniem tajników procesu produkcji alkoholu a bardzo powolnymi zmianami genetycznymi zachodzącymi w naszych ciałach miał być odpowiedzialny za naszą skłonność do upijania się, jak również obecność choroby związanej z nadużywaniem sfermentowanych napojów, czyli alkoholizmu. Po prostu te kilka tysięcy lat miało być zbyt krótkim okresem, by organizm nauczył się neutralizować większe ilości konsumowanego etanolu.

Amerykański biolog z Santa Fe Collage, pan Matthew Carrigan, postanowił podejść do tematu nieco odmiennie. Wiedząc, że trawienie alkoholu następuje za pośrednictwem dehydrogenazy, zbadał obecność tego enzymu klasy IV (ADH4) w szczątkach kopalnych naczelnych. Enzym ADH4 obecny jest przede wszystkim w górnym odcinku przewodu pokarmowego, czyli jamie ustnej, przełyku i żołądku. Prowadzone analizy laboratoryjne ujawniły, że pierwotnie doskonale radził sobie z metabolizmem dużych cząsteczek alkoholi obecnych np. w nadgniłych owocach, ale w swojej oryginalnej formie nie był w stanie metabolizować samego etanolu, tworzącego cząsteczki mniejszych rozmiarów. Doszło jednak do mutacji w jednym z setek aminokwasów obecnych we wspomnianym enzymie, dzięki czemu poszerzył on swoje możliwości również o trawienie C2H5OH. Mutacja ta miała miejsce jednak nie 9 tysięcy, ale… 10 milionów lat temu!

Powiedzenie o "pijanej małpie
we mgle" nabiera nowego
wydźwięku
Co więcej: okazuje się, że zmutowany enzym ADH4 obecny jest, prócz ludzi, wyłącznie u dwóch przedstawicieli naczelnych: szympansów i goryli, czyli zwierząt, które na pewnym etapie ewolucji wybrały naziemny tryb życia. Inne duże małpy człekokształtne, większość czasu spędzające na drzewach, np. orangutany, są tej mutacji pozbawione. Prowadzi to do prostego wniosku, że zmiany zaszły niedługo po tym, jak nasi pierwotni przodkowie zeszli na ziemię i nastąpiło ostateczne wyodrębnienie rodziny człowiekowatych. Szacunkowe daty obu wydarzeń okazują się być zbieżne.

Mutacja była prawdopodobnie rodzajem adaptacji do zmiany warunków środowiskowych, jaka nastąpiła w tym czasie. Pod wpływem zmiany klimatu znacznej redukcji uległy wówczas kompleksy leśne, co zmusiło część zwierząt do opuszczenia dotychczasowych, nadziemnych siedlisk i dostosowania się do nowych warunków życia - tym razem na poziomie gruntu. Pierwsze człowiekowate były roślinożerne, a w ich diecie zdecydowanie przeważały owoce. Te znajdowane pod drzewami różniły się jednak od pożywienia zdobywanego dotychczas pośród gałęzi. Większość była przejrzała, nadpsuta, a część sfermentowana. Zawierały etanol, który nasi przodkowie nauczyli się trawić.

Astrocaryum standleyanum
Jak widać historia spożywania procentów okazuje się równie stara, jak cały proces ewolucji ludzi współczesnych. Generalnie można wręcz powiedzieć, że alkohol nauczyliśmy się spożywać na tym samym etapie, na którym nauczyliśmy się poruszać na dwóch nogach. Tyle tylko, że zawartość etanolu w przegniłych owocach jest relatywnie niska w porównaniu do mocy współczesnych trunków produkowanych przez destylację (znaną dopiero od około tysiąca lat). Co prawda w środkowo- i południowoamerykańskiej dżungli natknąć się można na palmę o łacińskiej nazwie Astrocaryum standleyanum, której owoce zawierają nawet do 8% czystego alkoholu, jednak większość tropikalnych owoców dostarcza około dziesięć razy mniej tego związku.

Robert Dudley, biolog z Uniwersytetu w Kalifornii i zarazem autor książki „The Drunken Monkey. Why We Drink and Abuse Alcohol” („Pijana małpa. Dlaczego pijemy i nadużywamy alkoholu) właśnie w ilościach czystego etanolu spożywanego przez człowieka współczesnego widzi przyczynę naszej skłonności do upijania się. Z jednej strony ciągnie nas do butelki, bowiem alkohol od prawieków stanowił integralną część naszego pożywienia, z drugiej - tak mocne napoje jak wódka czy spirytus znamy zbyt krótko, by zaszła kolejna mutacja genu unieszkodliwiająca ich toksyczne działanie na organizm.

Ale za kilkaset tysięcy lat… Wszystko przed nami :-)
Tylko czym wtedy zastąpimy kufel pienistego piwa podczas spotkań z przyjaciółmi?

czwartek, 14 stycznia 2016

Nie zapomnij o zakusce!

W zeszłym tygodniu pisałam o alkoholu i chciałabym jeszcze pociągnąć ten wątek. A właściwie skupić się na jednym jego aspekcie, czyli ludowej prawdzie przestrzegającej wszystkich biesiadników przed piciem nadmiernych ilości trunków na pusty żołądek. Już nasi pradziadowie doskonale wiedzieli, że nie powinno się spożywać procentów na czczo, o ile człowiek chciał się bawić do białego rana, a następny dzień przeżyć bez dudniącego tupotu białych mew w głowie. Szwedzcy naukowcy z Kliniki Uniwersyteckiej Linköping wyjaśnili, dlaczego pijąc na głodniaka szybciej zaliczamy tzw. zgon i jaki jest dokładnie mechanizm tego zjawiska.


Zgodnie ze statystykami Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych blisko 70% Polaków spożywało alkohol w ciągu ostatnich 12 miesięcy poprzedzających badanie ankietowe. Jak udało mi się doczytać, sami autorzy sondażu skłaniają się ku tezie, że są to szacunki nazbyt optymistyczne, a rzeczywisty odsetek pijących (również sporadycznie i w małych ilościach) oscyluje w granicach 80%. Oczywiście można pić i można „pić”, istnieje bowiem wiele różnych modeli konsumpcji napojów wyskokowych, od okazjonalnej lampki wina po codzienne pół litra bimbru. Okazuje się jednak, że ta sama ilość alkoholu spożyta przez tę samą osobę może dać różne efekty w zależności od tego, jak i kiedy się ją przyjmuje.
 
Jednym z kluczowych czynników decydujących o tym, czy dwa piwa zwalą nas z nóg, czy może w ogóle ich nie poczujemy, jest stan naszego żołądka. A konkretniej: poziom jego napełnienia treścią pokarmową. Alkohol przyjmowany na czczo dużo szybciej przenika do krwiobiegu, osiągając maksymalne stężenie w organizmie w ciągu 30 minut do 2 godzin po konsumpcji. Natomiast pity jako dodatek do posiłku lub tuż po posiłku, wchłania się dużo wolniej, a jego efekt uboczne okazują się słabsze. Przy czym należy wyjaśnić, że termin „na czczo” oznacza, że od ostatniego jedzenia upłynęło więcej niż 2 do 4 godz.

Dokładnie mechanizm całego zjawiska opisali wspomniani w nagłówku Szwedzi. Jak wiadomo, około 80% spożytego alkoholu wchłania się dopiero w jelicie cienkim. Wypite napoje trafiają wpierw do żołądka, który z jelitem połączony jest specjalnym mięśniem w kształcie pierścienia, czyli odźwiernikiem. Odźwiernik potrafi szczelnie zamknąć się i tym samym oddzielić oba narządy, jak również otworzyć się, tworząc między nimi swobodne połączenie. Pełni ważną rolę w procesie trawiennym, bowiem umożliwia wstępne rozdrobnienie pokarmu w żołądku, zanim jedzenie przedostanie się dalej. Gdy żołądek jest napełniony, odźwiernik zaciska się, pozostawiając jedynie wąską szczelinę, przez którą do jelita przesączają się niewielkie cząsteczki rozdrobnionych produktów zazwyczaj o półpłynnej konsystencji. Gdy żołądek jest pusty, odźwiernik rozluźnia się, a przyjmowane w tym czasie płyny mogą bez przeszkód spłynąć do dalszego odcinka przewodu pokarmowego. Dlatego wypity na czczo alkohol bardzo szybko trafia do jelit i natychmiast osiąga wysokie stężenie we krwi, podczas gdy procenty wypite do posiłku więcej czasu spędzają w żołądku i wolniej się wchłaniają, oddziałując na organizm zdecydowanie mniej toksycznie.

Nie bez znaczenia pozostaje również moc alkoholu. Oczywiście już dawno udowodniono naukowo, że spożywając wódkę należy się spodziewać dużo szybszego i silniejszego efektu niż w przypadku wypicia piwa, zaś stężenie promili we krwi również będzie wyższe. Jeśli jednak pijemy na czczo, ryzykujemy nie tylko zawroty głowy. Im mocniejszy alkohol, tym łatwiej o podrażnienie błony śluzowej żołądka, a stąd już tylko krok do zapalenia lub nieżytu tego organu. Objawy są z pewnością znane większości osób, którym zdarzyło się przedawkować: mdłości i wymioty to tylko część z nich... Co więcej, pijąc na pusty żołądek wszystkie efekty uboczne konsumpcji występują szybciej i są zdecydowanie intensywniejsze. Mam tu na myśli m.in. fale gorąca i potów, zaburzenia równowagi, brak koordynacji ruchów, opóźnienie reakcji, bełkotliwą mowę czy puszczenie hamulców moralnych - pojawiają się dość niespodziewanie i intensyfikują z ogromną prędkością. Zjawisko to jeszcze gwałtowniej przebiega u osób młodych, których organizm jest mniej tolerancyjny wobec alkoholu niż w przypadku dorosłych, przyzwyczajonych do spożywania napojów wyskokowych, choćby tylko w ilościach umiarkowanych. Cały proces jeszcze dodatkowo przyspiesza proporcjonalnie do częstotliwości toastów. Im częściej sięgasz po kieliszek, tym więcej alkoholu na raz trafia do przewodu pokarmowego i tym szybciej się wchłania.

Jak poznać, że właśnie pijemy na pusty żołądek? Pierwszym zwiastunem niebezpieczeństwa jest odczucie ogólnego ciepła. Nasze ciało nie odczuwa chłodu, nawet jeśli temperatura otoczenia pozostaje relatywnie niska. Pod wpływem alkoholu rozszerzają się bowiem naczynia krwionośne, w szczególności te zasilające partie ciała najbardziej oddalone od serca (np. palce u rąk czy nóg). Mimo że nie czujemy zimna, organizm szybko oddaje ciepło (głównie przez skórę), podczas gdy narządy wewnętrzne ulegają wychłodzeniu. Z tego powodu jednym z czynników ryzyka w śpiączce etylowej jest hipotermia, a osoby pijane pozostają bardziej narażone na oddziaływanie skrajnie niskich temperatur, odmrożenia czy nawet zamarznięcie.

Innym zwiastunem picia na czczo jest szybko pojawiające się uczucie podniecenia i ekscytacji, najczęściej przejawiające się głośną i szybką mową, wyśmienitym humorem czy wzmożoną gestykulacją. To znak, że alkohol trafił właśnie do mózgu, a dokładniej - do kory mózgowej, która zarządza naszym sposobem myślenia i procesami pamięciowymi. Najczęściej zmysłowo odbieramy to jako euforię, mimo że w rzeczywistości napoje alkoholowe zalicza się do depresantów. Jeśli na tym etapie nie ograniczymy spożycia, kolejne procenty przenikną głębiej, aż do móżdżku, zaburzając psychomotorykę ciała i powodując senność. Brak umiaru w tym momencie oznacza wkroczenie na równię pochyłą - następnym obszarem mózgu atakowanym przez alkoholowe toksyny są ośrodki koordynujące pracę narządów wewnętrznych ciała, po czym zapada się w śpiączkę.  

Organem odpowiedzialnym za posprzątanie tego całego bałaganu jest wątroba, która wytacza przeciwko alkoholowi cały batalion enzymów (dehydrogenazy alkoholowej). Pod ich wpływem spożyty etanol zostaje odwodorniony i przekształcony do postaci aldehydu octowego, a ten, przez dalszą dehydrogenazę acetyloaldehydową, przekształca się w kwas octowy wydalany wraz z moczem. Podczas całego procesu wydzielane są związki interpretowane przez mózg jako sygnały o nasyceniu energetycznym organizmu, stąd pijący zazwyczaj nie grzeszą apetytem.

Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że samo jedzenie tuż przed imprezą czy w jej trakcie nie uchroni przed zgubnymi skutkami spożycia alkoholu, szczególnie jeśli mamy na myśli ilości nadmierne. Pełen żołądek spowolni co prawda wchłanianie procentów i pozwoli nieznacznie obniżyć stężenie promili we krwi, jednak sam proces metaboliczny będzie trwał właściwie tyle samo, co w przypadku picia na czczo. Wątroba działa bowiem z jednostajną wydajnością ok. 0,1 g alkoholu w litrze krwi na godzinę, czyli całkowita neutralizacja dwóch półlitrowych puszek piwa zajmuje jej około 3-4 godzin. Co najwyżej “dzień po” dużo łagodniej odczujemy kaca.

czwartek, 7 stycznia 2016

Baw się zdrowo

Karnawał rozpoczęty! To okres hucznych zabaw, balów, dyskotek, domowych nasiadówek, prywatnych imprez i imprezek. Pośród gwaru roześmianych głosów co i rusz słychać toast, po którym następuje gromkie „Na zdrowie!”. Tylko dlaczego życzymy sobie zdrowia?

 
Może dlatego, że nadmierne spożycie alkoholu zawsze prowadzi do słabszego samopoczucia, a nawet poważniejszych niedomagań? Cóż, klucz do sukcesu zazwyczaj leży w umiarze, jednak nie powinniśmy się oszukiwać: każdemu od czasu do czasu zdarza się popłynąć. Wystarczy chwila zapomnienia w gronie dobrych znajomych, przy rodzinnej zakrapianej kolacji czy po prostu podczas wypadu na tańce, a dosłownie kilka łyków potrafi dzielić nas od przekroczenia cienkiej linii dzielącej „spoko” po „o kurde, przegiąłem”. Poniżej przedstawiam kilka prostych zasad, które pomogą nam zapobiec kompletnemu upodleniu i umożliwią przetrwanie „dnia po” w miarę stabilnym stanie.

Zanim zaczniesz pić, najedz się

Jeśli masz ochotę spędzić wieczór bez wylewania za kołnierz, zadbaj, by nie robić tego na czczo. Proces wchłaniania alkoholu rozpoczyna się już w chwili jego spożycia - przez błony śluzowe jamy ustnej i żołądka, gdzie następuje absorpcja około 20% przyjętych promili. Pozostałe 80% trafia do jelita cienkiego, skąd przedostaje się do krwi i wraz z nią przenika do wątroby, serca i płuc, gdzie następuje właściwa metabolizacja. Zawartość naszego żołądka ma jednak wymierny wpływ na szybkość, z jaką przebiega cały opisany wyżej cykl. Jeśli wcześniej zjedliśmy sporo białka (np. w postaci mięsa) i węglowodanów (warzyw, makaronu, ziemniaków, chleba) z dodatkiem niewielkiej ilości tłuszczu, proces trawienia alkoholu i jego przenikania do krwi przebiega zdecydowanie wolniej. Tym samym wolniej osiągamy stan upojenia alkoholowego, zmniejszając przy okazji prawdopodobieństwo późniejszego wystąpienia kaca i jego ewentualną intensywność.

Zadbaj o prawidłowe nawodnienie

Alkohol posiada właściwości diuretyczne. Jest inhibitorem wazopresyny - hormonu wydzielanego przez przysadkę mózgową odpowiedzialnego m.in. za resorpcję wody i jonów sodu z kanalików nerkowych. A pisząc prościej: picie alkoholu wzmaga produkcję moczu i stymuluje organizm do jego wydalania. Mimo że efekt ten najłatwiej zauważyć w przypadku piwa, w rzeczywistości mamy z nim do czynienia również podczas konsumpcji mocniejszych trunków. Niedobór wazopresyny powoduje, że nerki odfiltrowują nie tylko płyny na bieżąco spożywane przy barze, lecz również wodę magazynowaną w naszym organizmie. Jeżeli dodatkowo przebywamy w dusznym, gorącym pomieszczeniu albo tańczymy, utrata wody z organizmu jest jeszcze szybsza, bowiem następuje również przez pot. Odwodnieni nie tylko szybciej się upijamy, lecz również mocniej cierpimy dnia następnego. Właśnie opisany wyżej mechanizm odpowiedzialny jest za popularne „suszenie” stanowiące jeden z przykrych objawów kaca. Można temu zapobiec pijąc dużo wody przed imprezą, w trakcie oraz tuż przed zaśnięciem. Przy okazji: spożywana woda rozcieńczy alkohol i zmniejszy jego stężenie w organizmie, dzięki czemu zabawa potrwa zdecydowanie dłużej.

Pij z… prostej szklanki

 W przypadku spożycia alkoholu ważna jest nie tylko ilość, ale i forma. Do tego wniosku doszła grupa badaczy ze Szkoły Psychologii Eksperymentalnej Uniwersytetu w Bristolu w Wielkiej Brytanii po przeprowadzeniu dość ciekawego eksperymentu. 160 osób poproszono o wypicie napoju orzeźwiającego i piwa, raz ze szklanki o prostych ściankach, a drugi raz - z typowego, zaokrąglonego kufla. Okazało się, że piwo spożywano dwa razy szybciej z naczynia o wypukłych kształtach niż z prostej szklanki, podczas gdy w przypadku napoju bezalkoholowego taka zależność nie występowała. Zdaniem naukowców zakrzywione formy uniemożliwiały racjonalną ocenę ilości trunku pozostałego do wypicia - stąd tendencja do szybszego opróżniania drinków zawierających alkohol, czyli wpływających na nastrój i emocje.

Jeśli to możliwe, wybierz wino

Jednym z niewielu rodzajów napojów wyskokowych, jakie uznane zostały przez lekarzy za korzystnie wpływające na zdrowie, jest czerwone wino. Dzięki zawartości znacznych ilości polifenolu o nazwie resweratrol alkohol ten pomaga zmniejszyć poziom trójglicerydów we krwi, wzmocnić naczynia krwionośne, usprawnić krążenie i zahamować procesy starzenia się organizmu. Oczywiście zalecenia medyczne dotyczą spożycia ograniczonych ilości tego typu trunku: dzienna dawka nie powinna przekraczać dwóch do trzech lampek (200-300 ml). Nie sądzę jednak, aby nawet w większych objętościach, lecz pite okazjonalnie, czerwone wino zaszkodziło na równi z denaturatem...

A gdy już nic nie działa… [porada głównie dla kobiet]

Stoisz przy barze i zastanawiasz się, co zamówić? Pamiętaj, że każdy napój alkoholowy spożywany samodzielnie lub z lodem to zdecydowanie mniej kalorii niż kolorowy drink lub koktajl. Przykładowo, 50 ml whisky, ginu lub wódki zawiera około 122 kcal, jeśli jednak dodamy 200 ml coli, toniku czy innego napoju orzeźwiającego, ilość kalorii wzrasta do 190. Biorąc pod uwagę, że zazwyczaj trudno skończyć na jednej szklaneczce, w pewnym momencie całkowita wartość energetyczna spożywanych napojów dramatycznie wzrasta, sięgając równowartości jednej lub dwóch tabliczek czekolady. Jeśli w tym momencie przypomnisz sobie, ile wysiłku pochłonęło zrzucenie ostatnich dwóch kilogramów i zmieszczenie się w wymarzonej, kusej kreacji, jest duża szansa, że zamiast kolejnego drinka wybierzesz… szklankę wody :-)

I na koniec…

Słówko dla tych, którzy świadomi konsekwencji chcą się naprawdę zabawić. Zanim świadomość i samokontrola zupełnie się wyłączą, można zmniejszyć przyszły ból głowy na jeszcze kilka sposobów. Oto one:

- staraj się nie palić tytoniu i unikać zadymionych pomieszczeń. Nie ma gorszego kaca, niż kombinowany kociokwik z przepicia i przepalenia;

- zwróć uwagę na lód dodawany do drinków. Powinien być przezroczysty. Mleczne zabarwienie wskazuje na obecność licznych związków mineralnych, które jutro oznajmią swoją obecność tysiącem szpilek boleśnie wbijających się w mózg;

- jeśli już musisz mieszać alkohole, zaczynaj od najsłabszych i kończ na najmocniejszych;

- i w przypadku tych ostatnich raczej skup się na czystych, tj. staraj się pić więcej dżinu niż whisky. Im ciemniejsza barwa alkoholu, tym więcej w nim związków obcych, które organizm potraktuje jak zanieczyszczenia i które okażą się nieznośnie dokuczliwe na dzień „po”.  

piątek, 18 grudnia 2015

Epidemia otyłości część II

Jak wskazałam w poprzedniej publikacji, zjawisko powszechnego tycia społeczeństw zachodnich zaczęło w końcu niepokoić naukowców, którzy poczuli się szczególnie poruszeni odkryciem, że nabieranie dodatkowych kilogramów może być spowodowane czynnikami innymi niż niewłaściwe nawyki żywieniowe. Czynnikami, których w chwili obecnej nie potrafimy do końca zidentyfikować. Czy jednak naprawdę jest się czym przejmować?


Ile trzeba jeść (i czego),
aby osiągnąć taką masę?
Bardzo często spotykam się z opiniami, że ludzie otyli, o ile tusza nie jest wynikiem choroby, są sami sobie winni. I jeśli sami nie potrafią wziąć się w garść, to reszta społeczeństwa nie powinna przejmować się ich problemami, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że co najmniej połowa świata niedojada lub wręcz zmaga się z klęską głodu. Kłopot polega jednak na tym, że czy tego chcemy, czy nie, straty spowodowane epidemią otyłości ponosimy wszyscy razem wspólnie, jako członkowie tej samej grupy populacyjnej. Przy czym można już powoli mówić o epidemii właśnie, bowiem zgodnie z szacunkami w 2015 r. na nadwagę cierpiało 2,3 mld osób, z których aż 700 milionów było otyłych. Do niedawna wśród tych nieszczęśników przeważającą liczbę stanowili obywatele tzw. społeczeństw zachodnich, lecz, jak pokazują badania, zjawisko coraz szybciej rozprzestrzenia się na całym świecie obejmując kolejne kraje dopiero aspirujące do miana wysokorozwiniętych. Może więc warto bliżej przyjrzeć temu fenomenowi?

Skalę problemu doskonale ukazują statystyki. Jeszcze w 1990 r. w Stanach Zjednoczonych na nadwagę cierpiało około 65% dorosłych mężczyzn i 53 % dorosłych kobiet, przy czym co dziesiąta osoba zmagała się otyłością (BMI > 30). Już wówczas stanowiło to ewenement na skalę światową. Po upływie niespełna ćwierćwiecza dane uległy zmianie: obecnie nadwagę ma 75% mężczyzn i 67% kobiet, zaś co czwarta osoba jest otyła lub skrajnie otyła. Ale są takie stany jak Teksas czy Arkansas, gdzie odsetek osób otyłych lub skrajnie otyłych przekracza 30%!!! Oznacza to, że co trzecia osoba mijana na ulicy powinna natychmiast zrzucić 15-20 kg, a niekiedy jest to wręcz cały rząd wielkości więcej… Niestety równie kiepsko sytuacja wygląda w przypadku osób nieletnich. W stanach takich jak Missisipi czy Georgia co drugi nastolatek ma nadwagę, a co czwarty (!) jest otyły, podczas gdy procent najmłodszych dzieci (do lat 5) cierpiących na nadwagę lub otyłość przekracza aż 10 punktów. Wyobrażacie sobie trzylatka ważącego 25-30 kg? Taki widok to w Ameryce nic szczególnego. I z przykrością trzeba stwierdzić, że w Europie również zdarza się coraz częściej.

Kolorem czarnym zaznaczono
stany, w których odsetek
otyłych i skrajnie otyłych
przekracza 30%
Jak wskazują badania (prowadzone na reprezentacyjnej próbie z USA), odsetek dzieci z nadwagą w społeczeństwach zachodnich zwiększył się o 50% w ciągu zaledwie jednego pokolenia, podczas gdy liczba nieletnich osób otyłych - podwoiła się. Nadmienię tutaj, że zgodnie z zaleceniami metodologii w przypadku najmłodszych wyznacznikiem jest skala centylowa opracowana zgodnie z wytycznymi dla danego wycinka populacji, nie zaś wskaźnik BMI. Najbardziej na otyłość i wynikające z niej powikłania zdrowotne były narażone dzieci z USA, Wielkiej Brytanii, Australii, Hiszpanii i Japonii, a najmniej - z Litwy, Łotwy, Estonii i Szwecji (Afrykę chwilowo pomijamy). Jest to o tyle ważne, że nadwagi i otyłości bardzo trudno się pozbyć i istnieje aż 80% prawdopodobieństwo, że nastolatek z nadmierną wagą pozostanie zbyt ciężki również jako dorosły.

Niestety jakość życia dzieci otyłych pozostaje daleko niższa niż osób utrzymujących prawidłową wagę ciała, a wręcz porównywalna bywa z jakością życia osób chorych na nowotwór. To, że wolniej się ruszają, szybciej się męczą, nie są w stanie podskoczyć, kucnąć czy obrócić się równie szybko co rówieśnicy, to tylko część problemu. Ważniejszy wydaje się fakt, że takie dzieci pozostają równie mocno narażone na ryzyko zachorowania na nadciśnienie, cukrzycę, kamicę żółciową, zwyrodnienie stawów, otłuszczenie wątroby czy miażdżycę jak dorośli. Najmłodszy pacjent z diagnozowaną cukrzycą typu 2 na świecie był obywatelem Wielkiej Brytanii i w wieku 3 lat ważył blisko 35 kg. W USA normą stają się zawały serca u ośmio- czy dziesięciolatków. Niektóre z nich są śmiertelne. Co łączy te przypadki?  - wszystkie z tych dzieci cierpią na skrajną postać otyłości.

Za taki stan rzeczy trudno winić wyłącznie wspomniane we wcześniejszym wpisie związki chemiczne obecne w jedzeniu i zaburzające funkcjonowanie systemu hormonalnego czy kortyzol. Zapewne mają one wpływ na ogólny poziom masy ciała, lecz nie w zakresie usprawiedliwiającym podwojenie wskaźników nadwagi czy otyłości. Z pewnością do głosu dochodzą tu czynniki środowiskowe: tryb życia, ilość spożywanych kalorii, sposób wydatkowania energii, przy czym nie bez znaczenia jest również wpływ (lub brak kontroli) ze strony rodziców.

Ulubione zajęcia współczesnych
dzieci
Jak nigdy wcześniej w historii dzieci poddane są regularnemu praniu mózgów ze strony wielkich koncernów – głównych producentów żywności, które jedzenie, w szczególności przetworzone, starają się przedstawić w formie zabawek. Z ekranów telewizorów osoby nieletnie dosłownie bombardowane są reklamami chipsów zachwalanych przez sympatycznego tygryska, nasączone cukrem i sztucznymi dodatkami płatki śniadaniowe to ulubiony posiłek wszelkich księżniczek, elfów i kucyków pony, śmieciowe jedzenie reklamowane jest przez znane postaci z kreskówek: Shreka, Nemo, zabawki z Toy Story czy Barbie. Nie brakuje też reklam dla nieco starszych, nastoletnich widzów: zjedzenie czekoladowego batona ma zapewniać dobry humor w szkole, konsumpcja fast-foodu z sieciowej „restauracji” przedstawiana jest jako rewelacyjny sposób na spędzenie wolnego czasu przez paczkę przyjaciół, a wycieczka za miasto czy spacer po parku nie może odbyć się bez butelki ciemnobrązowego, gazowanego napoju w ręku.

Abstrahując od kwestii sprzedaży licencji na wykorzystanie wizerunku czy marki znanych postaci (co, na marginesie, stało się niewyobrażalnie dochodowym interesem), jeśli przeciętne zachodnioeuropejskie dziecko przed osiągnięciem pełnoletności ogląda około miliona adresowanych do siebie reklam, z których większość zachwala wysokokaloryczne jedzenie, nie ma się co dziwić, że pozbawione jeszcze zmysłu krytycyzmu i umiejętności rzeczywistej oceny sytuacji, w sklepie odruchowo sięga po produkty znane sobie z ekranu. W ten sposób wykształca się nawyk, z którym później bardzo ciężko jest walczyć. Jeśli rodzic już na samym początku nie będzie interweniował, a zamiast kontrolować rodzaj produktów wrzucanych przez pociechę do koszyka po prostu „dla świętego spokoju” je kupi, byleby tylko uwolnić się od płaczu i marudzenia, niestety musi liczyć się z tym, że za kilka lat z dużym prawdopodobieństwem będzie musiał zmierzyć się z nadwagą dziecka. Bo dziecko, dysponując już własnym kieszonkowym, będąc głodnym nabędzie sobie nie kanapkę, lecz batona znanej z nazwy marki. Jeszcze gorzej, gdy w tego rodzaju produkty zaopatrywać się będzie nie okazjonalnie dla zaspokojenia głodu, lecz dla błyśnięcia wśród rówieśników. Bo reklama jasno pokazała, że tylko jedząc chipsy X jest się cool i trendy…

Nie, nie chodzi o to, by całkowicie zakazać fast-foodów czy odizolować dzieciaka od coli. Wcześniej czy później i tak ich spróbuje, a wiadomo, że zakazany owoc zawsze smakuje lepiej. Chodzi raczej o to, by edukować, by tłumaczyć i jednocześnie wskazywać dzieciom, jak bronić się przed fałszywym obrazem świata tworzonym przez reklamę. Chcesz chipsów? Dobrze, w piątek wieczorem zjemy trochę dla smaku. Chcesz poznać smak sieciowego cheeseburgera? W porządku, ale chodzimy tam tylko raz w miesiącu. A na co dzień w ramach słodyczy jemy jabłka i pomarańcze, a nie czekoladę, natomiast po lekcjach idziemy na rower, a nie siadamy w fotelu z pilotem w ręku. Pewnie dla wielu rodziców brzmi to jak abstrakcja, ale jeśli tego rodzaju edukację zacznie się odpowiednio wcześnie, dziecko nie będzie się przeciw niej buntować, bo uzna ją za normę, w której przyszło mu dorastać. Od której, co prawda, miłą odskocznią będzie zjedzenie naleśnika z kremem czekoladowym, lecz nadal będzie to tylko odskocznia, a nie codzienność. 

Na starych zdjęciach
dzieci zazwyczaj są
chude.
Hmmm... chude???
Nie! NORMALNE! 
Kontrola rodziców jest ważna z jeszcze jednego powodu. Jak wykazały badania prowadzone na Uniwersytecie Floryda, popularne dodatki wzmacniające smak żywności potrafią działać jak substancje uzależniające. I nie chodzi tu o glutaminian sodu czy sztuczne wzmacniacze, ale całkiem naturalne związki, takie jak sól, cukier czy tłuszcz. Ich konsumpcja w nadmiarze pobudza dokładnie te same obszary mózgu, jakie aktywują się pod wpływem działania np. twardych narkotyków, a u osób szczególnie podatnych na uzależnienia już sam zapach czy widok danego produktu mogą wyzwolić kompulsywne zachowania przejawiające się niepohamowanym obżarstwem. Przy czym podkreślam, że chodzi o przyzwyczajenie organizmu do nadmiernych ilości danych związków, nie zaś o ich spożycie w ilościach umiarkowanych i racjonalnych. Bo kostka czekolady nikomu jeszcze nie zaszkodziła, ale wyrażenie przez dziecko chęci zjedzenia dwóch tabliczek w ciągu godziny powinna włączyć dzwonek alarmowy w umysłach opiekunów.

A tak wyglądają dzieci
obecnie.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Powiedzmy też sobie jasno: wyzwania stawiane przez codzienność, zabieganie i stres to nie jest wymówka do tego, by zaniechać kształtowania prawidłowych nawyków żywieniowych swoich dzieci. Brak czasu również nie jest usprawiedliwieniem. Jeśli jako rodzic nie jesteś w stanie wykroić dziennie 5 minut, by przygotować dziecku tradycyjną kanapkę do szkoły i w zamian wręczasz mu dychę, żeby samo kupiło sobie coś w szkolnym sklepiku, to owszem - dzisiaj zyskujesz 300 sekund wolnego czasu. Lecz miej świadomość, że następnego dnia być może właśnie o 300 sekund twój potomek skróci sobie życie, wcinając kolejną paczkę chipsów. Czy mając taką wiedzę i w odniesieniu do własnego dziecka z pełną odpowiedzialnością skwitujesz to wzruszeniem ramion lub cynicznym komentarzem „na coś przecież trzeba umrzeć”?

Bywa jednak i tak, że mimo wszelkich wysiłków i starań nasz potomek ma problem z nadmierną tuszą. W tej sytuacji nie należy rezygnować z prób odchudzenia go (jak wskazują doświadczenia lekarzy, o ostatecznym wyniku diety bardzo często przesądza obecność lub brak wsparcia rodziny). Wystarczy redukcja masy o zaledwie 5 do 20%, by znacząco poprawić wszystkie główne wskaźniki poziomu zdrowia, ograniczyć ryzyko wystąpienia depresji czy zaburzeń odżywiania w wieku późniejszym. I u dzieci łatwiej tę redukcję osiągnąć, kontrolując zawartość talerza, sposób wydatkowania kieszonkowego czy chowając przed pociechą tablet, konsolę do gry i pilota do telewizora, po czym wypędzając ja na szkolne boisko. Pamiętajmy jako rodzice, że nawet jeśli nasz potomek cierpi dziś na nadwagę, lecz uda mu się uzyskać prawidłową masę ciała przed osiągnięciem pełnoletności, poziom ryzyka związany z zachorowaniem na choroby cywilizacyjne spadnie do poziomu dokładnie takiego samego, jaki cechuje osoby pozostające przez całe życie szczupłymi. 

Epidemię otyłości można powstrzymać. Trzeba tylko chcieć.

Osoby angielskojęzyczne zachęcam do lektury:


czwartek, 10 grudnia 2015

Epidemia otyłości cz. I

Obserwując z uwagą najbliższe otoczenie nie jestem w stanie nie przyznać racji głosom pojawiającym się w różnych mediach alarmujących o dramatycznie szybkim wzroście ilości osób cierpiących na znaczną nadwagę, bądź nawet na chorobliwą otyłość. Zarówno wśród dzieci, jak i wśród dorosłych, liczba słodkich grubasków jest coraz większa. Co prawda w Polsce, i ogólnie w Europie, zjawisko to nie jest jeszcze aż tak widoczne, jak na przykład za oceanem, ale dane zmieniają się bardzo dynamicznie. Niestety – na niekorzyść. I choć massmedia wciąż gloryfikują szczupłą sylwetkę, a im smuklejsza talia, tym większa szansa za zdobycie tytułu „znanej i lubianej” przez obiektywy fotoreporterów, to jednak dane statystyczne płynące ze świata realnego (a nie kreowanego) zdają się przytłaczające.


Gdy BMI>30 mówimy o otyłości
Problem ogólnego tycia społeczeństwa coraz częściej nurtuje nie tylko dietetyków, lecz również naukowców, a prowadzone w tym kierunku badania niestety nie nastrajają zbyt optymistycznie. Rezultaty kolejnych, coraz bardziej wnikliwych analiz jednoznacznie wskazują, że problem otyłości jest coraz powszechniejszy i dotyka coraz więcej osób, a jednocześnie pozostaje coraz słabiej zależny liniowo od ilości spożywanych kalorii, rodzaju przyjmowanych pokarmów i aktywności fizycznej. Czyli czynników, które zwyczajowo uważa się za decydujące o ostatecznej masie ciała. Jak to możliwe?

Na przełomie 2014 i 2015 r. naukowcy z Uniwersytetu York w Toronto zadali sobie trud i zweryfikowali dane statystyczne zebrane w latach 1971-2008 (czyli na przestrzeni blisko czterech dekad!) w ramach ogólnoświatowego programu National Health and Nutrition Examination Survey (NHANES). Okazuje się, że przedstawiciele tzw. generacji Y, czyli osoby urodzone między 1981 i 2000 r., mimo zachowania tej samej diety i takiej samej aktywności fizycznej co swoi nieco starsi koledzy, cechowali się wyższą wagą ciała niż ludzie urodzeni w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Autorzy badań prześledzili również zmianę wartości wskaźnika BMI (Body Mass Index) w danym okresie i tutaj również wynik był dość zaskakujący. BMI liczony dla osób dorosłych w 2006 r. był przeciętnie 2,3 punktu wyższy, niż dla osób w tym samym wieku badanych w 1988 r. I to mimo zachowania porównywalnej diety w zakresie kaloryczności i składu, jak również utrzymania podobnego poziomu aktywności fizycznej. Słowem: problem kontroli prawidłowej wagi okazał się dużo bardziej złożony, niż prosta zależność między ilością i jakością spożytych kalorii, a ilością zużytej energii.

Oczywiście można to skwitować wzruszeniem ramion, ewentualnie cynicznym zaleceniem w stylu „jeśli masz 25 lat i chcesz być taki szczupły, jak twoja matka, to jedz mniej niż ona i ćwicz więcej niż ona”. To wciąż jednak nie wyjaśnia, skąd biorą się nadmiarowe kilogramy u coraz młodszych osób. I tutaj również nie mam dobrych wieści: niestety w chwili obecnej nikt nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście pojawiają się różnego rodzaju teorie, jednak póki co żadna nie doczekała się naukowego potwierdzenia.

Do najbardziej otyłych należą
obywatele państw najlepiej
rozwiniętych
Jedną z hipotez, jaką wysnuwają autorzy wspomnianych wyżej badań, jest wskazanie na rosnącą ilość substancji chemicznych obecnych w pożywieniu oraz przyjmowanych lekach, które to substancje wpływają na działanie układu hormonalnego odpowiedzialnego za utrzymanie prawidłowej wagi. Do otyłości prowadzić ma  m.in. przyjmowanie środków antydepresyjnych, podwyższony poziom stresu, nieregularna konsumpcja posiłków, zaburzenia snu czy zmiana składu bakterii jelitowych związana z coraz większą ilością mięsa i cukrów obecnych w codziennej diecie. Już teraz wiadomo, że obecność pewnych zanieczyszczeń chemicznych w środowisku naturalnym i przenikających do żywności faktycznie może zwiększać ryzyko otyłości lub zapadnięcia na jedną z chorób cywilizacyjnych (np. cukrzycy typu 2). Do tego rodzaju zanieczyszczeń zalicza się m.in. substancje zaburzające gospodarkę hormonalną, pod wpływem których organizm zaczyna gromadzić tkankę tłuszczową kosztem masy mięśniowej. Według danych zgromadzonych przez Centrum Badań Biomedycznych w zakresie Fizjopatologii Otyłości i Odżywiania (http://www.ciberobn.es/) z Hiszpanii, obecność tego rodzaju związków stwierdzono  w organizmach blisko 88% badanych osób, a co za tym idzie, właśnie taki odsetek społeczeństwa narażony był na negatywne skutki ich działania. Co wyjaśniałoby powody tak wysokie wzrostu przeciętnej wagi naszej populacji.

To jednak nie wszystko. W zwiększaniu ryzyka nadwagi prawdopodobnie ważną rolę odgrywa hormon stresu, co zdają się potwierdzać kolejne testy naukowe. Kortyzol, bo o nim tu mowa, wydzielany jest przez nadnercza w sytuacjach zagrożenia aby zmotywować organizm do wytężonego wysiłku. W przeszłości hormon ten produkowany był raczej „okazjonalnie”, podczas gdy współcześnie coraz większy odsetek osób narażonych jest na życie w stałym stresie, w środowisku ciągłej presji psychicznej i fizycznej. Okazuje się, że długotrwale podwyższony poziom kortyzolu we krwi zaburza procesy metaboliczne i pobudza apetyt, co w rezultacie może prowadzić do wzmożonej konsumpcji, a tym samym - odkładania nadmiarowych kalorii w postaci oponki na brzuchu. Jak jednak zastrzegają lekarze, wciąż jeszcze brakuje badań naukowych ostatecznie potwierdzających rolę kortyzolu w przybieraniu na wadze (i spowalnianiu procesu tracenia masy u osób na dietach odchudzających).

Problem nadwagi coraz częściej
dotyka całe rodziny
Potwierdzenie istnienia korelacji między obecnością substancji chemicznych i wydzielania hormonu stresu na tycie z pewnością stanowiłby dobrą wymówkę dla wielu osób, które właśnie zwiększają swoją masę lub zbyt wolno ją tracą. Tym, którzy szukają wygodnych usprawiedliwień dla swoich szkodliwych dla zdrowia nawyków (np. nocnego podjadania czy siedzącego trybu życia) wypada jednak jasno powiedzieć, że odchudzanie nigdy jeszcze nie było tak dostępne, jak teraz. Owszem, nie jest to proces miły, łatwy i przyjemny, jednak leży dosłownie na wyciągnięcie ręki. Ilość siłowni, basenów, bieżni czy otwartych dla amatorów obiektów sportowych, jak również oferta najprzeróżniejszych form aktywności fizycznych, jeszcze nigdy nie były tak bogate, jak obecnie. Nawet jeśli chemia i kortyzol okazałyby się ogrywać rolę w ogólnym przybieraniu na wadze, to jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by trochę ten proces spowolnić. Wystarczy ograniczyć ilość cukru w pożywieniu (obniżyć poziom glukozy we krwi) i odkurzyć płyty z ćwiczeniami Marioli Bojarskiej czy Ewy Chodakowskiej. Ewentualnie przesmarować łożyska w schowanym w piwnicy rowerze.